Ewa uśmiechnęła się.
— Miałeś dziewiętnaście lat i prowadziłeś po piwie.
— Po jednym piwie.
— Po trzech.
— Dwóch.
— Twoja pamięć jest łaskawa.
Daniel spojrzał na wodę.
— Wskoczyłem po nie.
— A on stał na pomoście i wrzeszczał, że jak już jesteś wystarczająco głupi, żeby prowadzić, to przynajmniej będziesz wystarczająco trzeźwy po kąpieli.
Daniel zaśmiał się cicho.
Pierwszy raz tego dnia.
Potem znowu spoważniał.
— Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
Ewa wiedziała, że nie pyta o Roberta.
— Bałam się.
— Czego?
— Że hotel znowu stanie między nami.
— Nie wiedziałem nawet, że istnieje coś, co może stanąć między nami.
— Właśnie dlatego.
Daniel odwrócił się do niej.
— Mamo, mam trzydzieści dziewięć lat.
— Wiem.
— Nie jestem chłopakiem, któremu trzeba ukryć rodzinny rachunek bankowy, żeby się nie rozleniwił.
— Wiem.
— I nie jestem tatą.
Ewa spuściła wzrok.
To bolało najbardziej.
— Wiem.
— Całe życie próbowałaś naprawiać po nim różne rzeczy. Jego kłótnie. Jego decyzje. Jego milczenie. Ale czasem robiłaś dokładnie to samo.
Ewa nie broniła się.
— Masz rację.
Daniel spojrzał na nią zaskoczony.
— Tak po prostu?
— Mam sześćdziesiąt cztery lata. W tym wieku można już oszczędzić sobie pół godziny tłumaczenia, kiedy druga osoba ma rację.
Uśmiechnął się mimo siebie.
Potem twarz znów mu stężała.
— Co zrobisz z hotelem?
— Dzisiaj?
— W ogóle.
— Nie wiem.
— Zamierzałaś mi go zostawić?
Ewa spojrzała na jezioro.
— Część.
— Jaką?
— To nie jest najważniejsze.
— Dzisiaj trochę jest.
Ewa przez chwilę milczała.
— Trzy lata temu sporządziłam testament.
Daniel zacisnął usta.
— I?
— Czterdzieści procent udziałów miało trafić do ciebie.
— Miało?
— Nadal może.
— A reszta?
— Część do fundacji pracowniczej, część na rzecz Zosi, kiedy będzie dorosła.
Daniel popatrzył na matkę.
— Karolina wiedziała?
— Nie.
— Robert?
— Nie powinien.
— A jeśli wie?
Ewa spojrzała na niego.
To pytanie zatrzymało ich oboje.
Robert wiedział zbyt wiele.
O hotelu.
O strukturze spółki.
O Karolinie.
O starych konfliktach.
O bocznej bramie.
Ale o testamencie?
Ewa natychmiast wyjęła telefon.
— Marta.
Radczyni odebrała po dwóch sygnałach.
— Tak?
— Sprawdźmy kancelarię, w której jest testament.
— Dlaczego?
— Bo Robert wiedział o wszystkim innym.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Zadzwonię.
Marta wróciła do nich dwadzieścia minut później.
— Testament jest bezpieczny.
Ewa odetchnęła.
— Ale?
Daniel od razu usłyszał zmianę w jej głosie.
Marta usiadła.
— Jest coś innego.
— Co?
— W archiwalnych dokumentach spółki znalazłam nazwisko, którego wcześniej nie zauważyliśmy.
Ewa zmarszczyła brwi.
— Czyje?
— Marcina Borkowskiego.
— Tego, który przyszedł z Robertem?
— Prawdopodobnie.
Daniel spojrzał na nią.
— Kim jest?
Marta podała im zdjęcie starego dokumentu.
Umowa z 2011 roku.
Podpis Roberta Krawca.
A niżej nazwisko młodszego księgowego.
Marcin Borkowski.
Ewa zbladła.
— Niemożliwe.
— Pamiętasz go?
— Słabo. Był praktykantem albo młodszym specjalistą.
— Według dokumentów pracował w finansach dziewięć miesięcy.
Daniel wstał.
— I teraz chodzi z Krawcem.
— Tak.
Ewa patrzyła na zdjęcie.
Nagle przypomniała sobie coś.
Młody chłopak stojący przed gabinetem Andrzeja.
Roztrzęsiony.
Trzymający segregator.
— To on — powiedziała.
— Kto?
— To on przyniósł pierwsze kopie faktur.
Marta uniosła brwi.
— Jesteś pewna?
— Tak. Nie pamiętałam nazwiska, ale pamiętam twarz.
Daniel spojrzał w stronę hotelu.
— Czyli człowiek, który pomógł wam odkryć przekręty Roberta, teraz z nim pracuje?
Ewa poczuła, że historia, którą uważała za zamkniętą piętnaście lat wcześniej, właśnie otwiera się na nowo.
— Albo nigdy naprawdę z nim nie zerwał.
Wieczorem policja przyjęła zawiadomienie.
Marta przekazała kopie dokumentów i wskazała, gdzie zabezpieczono oryginały.
Karolina pojechała do Giżycka osobno z prawniczką, którą poleciła jej znajoma.
Daniel nie pojechał z nią.
Nie wrócił też do apartamentu, który dzielili.
Piotr przygotował mu zwykły pokój na drugim piętrze.
Ewa została w swoim apartamencie.
Po dwudziestej drugiej zadzwoniła Zosia.
— Babciu, mama mówiła, że jesteście na Mazurach.
Ewa zamknęła oczy.
— Jesteśmy.
— Przywieziesz mi kamień z jeziora?
— Kamień?
— Ładny. Ale nie taki zwykły szary.
Ewa uśmiechnęła się.
— Postaram się znaleźć wyjątkowy.
— Tata jest z tobą?
Spojrzała w stronę drzwi.
— Jest w hotelu.
— Mogę z nim porozmawiać?
— Zadzwoni do ciebie za chwilę.
Po rozmowie Ewa siedziała długo na łóżku.
W całym tym chaosie Zosia była jedyną osobą, która nie wiedziała nic.
I Ewa chciała, żeby tak zostało jak najdłużej.
Dziecko nie powinno płacić za błędy dorosłych.
Telefon zadzwonił ponownie.
Nieznany numer.
Odebrała.
— Słucham?
Przez kilka sekund cisza.
Potem męski głos.
— Pani Ewo?
— Tak.
— Nazywam się Marcin Borkowski.
Ewa wyprostowała się.
— Czego pan chce?
— Powiedzieć pani coś, czego powinienem był powiedzieć piętnaście lat temu.
— Gdzie jest Robert?
— Nie wiem.
— Nie wierzę panu.
— Ma pani prawo.
— Dlaczego był pan dzisiaj z nim?
— Bo od miesięcy próbuję zdobyć dokumenty.