Daniel spojrzał na niego.
— Wiedziałeś?
— Znałem część historii.
— Jaką część?
— Tę, która została w firmowych aktach.
Ewa mówiła dalej:
— Twój ojciec zatrudnił Roberta, kiedy hotel zaczął się rozbudowywać. Był świetny w liczbach. Przynajmniej tak sądziliśmy.
— Co zrobił?
— Na początku nic, co wzbudzałoby podejrzenia. Negocjował umowy. Przenosił zobowiązania. Znajdował oszczędności. Przez dwa lata wyglądało to tak, jakby bez niego firma nie mogła funkcjonować.
— A potem?
Ewa spojrzała za okno.
— Zauważyłam, że płacimy jednej spółce za usługi, których nikt nie potrafił mi wyjaśnić.
— Jakie usługi?
— Doradztwo zakupowe. Analizy. Pośrednictwo. Same słowa.
Piotr dodał:
— Spółka należała do szwagra jednego z dostawców.
Ewa skinęła głową.
— Zaczęłam sprawdzać faktury. Robert się dowiedział. Powiedział Andrzejowi, że próbuję wtrącać się w księgowość, której nie rozumiem.
Daniel skrzywił się.
— Tata mu uwierzył?
— Na początku tak.
— Tobie nie?
— Twój ojciec był dumnym człowiekiem. Robert wiedział, jak do niego mówić.
Ewa wzięła łyk wody.
— Potem odkryliśmy więcej. Zawyżone umowy. Prowizje. Dostawców, którzy nagle podnosili ceny, a później część pieniędzy wracała przez inne firmy. Nie wszystko udało się udowodnić. Ale wystarczająco dużo, żeby go zwolnić.
— Dlaczego nie było procesu?
— Bo hotel już wtedy chwiał się finansowo. Bank groził wypowiedzeniem kredytu. Andrzej bał się skandalu. Zawarli ugodę i rozstali się po cichu.
Marta spojrzała na Ewę.
— Co, jak dziś wiemy, było błędem.
Ewa przytaknęła.
— Robert odszedł przekonany, że został okradziony z kariery. Twierdził, że to ja nastawiłam przeciwko niemu męża.
Daniel wbił wzrok w stół.
— Co powiedział?
Matka zawahała się.
— W dniu, w którym oddawał klucze, spotkałam go na parkingu. Powiedział, że Andrzej jeszcze będzie żałował. A potem powiedział…
Urwała.
— Co?
Ewa spojrzała synowi w oczy.
— „Rodzice zawsze myślą, że mogą ochronić dzieci przed własnymi błędami. Zobaczymy, czy wasz syn będzie równie niewdzięczny jak wy”.
Daniel poczuł zimno na karku.
— Wiedział o mnie?
— Oczywiście. Byłeś wtedy na studiach.
— I wy nic mi nie powiedzieliście?
— Andrzej zabronił. Uznał, że Robert chce nas tylko przestraszyć.
Karolina nagle zapytała:
— A jeśli Robert mówił prawdę?
Wszyscy spojrzeli na nią.
— O czym?
— O tym, że go wrobiliście.
Ewa nawet nie drgnęła.
— Tak ci powiedział?
Karolina spuściła wzrok.
— Powiedział, że odkrył nieprawidłowości i próbował ostrzec Andrzeja, ale ty zmusiłaś męża, żeby się go pozbył.
Ewa odsunęła krzesło.
Podeszła do szafki pod telewizorem.
Piotr otworzył dolną szufladę i wyjął cienką, czarną teczkę.
Położył ją na stole.
Ewa wysunęła jeden dokument.
— To kopia audytu z 2011 roku.
Karolina nawet nie chciała go dotknąć.
— Nie muszę tego czytać.
— Przeczytaj pierwszą stronę.
— Powiedziałam…
— Przeczytaj.
Karolina wzięła dokument.
Nazwa zewnętrznej firmy audytorskiej.
Data.
Lista transakcji.
Numery faktur.
Nazwy spółek.
Łączna kwota zakwestionowanych przepływów: 1 340 000 złotych.
— To nie dowodzi, że wziął pieniądze.
— Nie — powiedziała Ewa. — Dlatego nigdy nie mówiłam, że mamy wyrok stwierdzający kradzież. Ale dowodzi, że historia, którą ci sprzedał, nie wyglądała tak, jak ci opowiadał.
Karolina przewróciła stronę.
Na jednej z kopii widniał odręczny podpis.
Robert Krawiec.
— Powiedział, że Andrzej zniszczył mu życie.
— Andrzej popełnił błąd — odparła Ewa. — Powinien był zgłosić wszystko i pozwolić sprawę wyjaśnić do końca. Zamiast tego kupił ciszę, bo bał się banków i prasy. Robert dostał szansę odejść. I najwyraźniej przez piętnaście lat pamiętał tylko to, że musiał odejść.
Karolina wyglądała, jakby za chwilę miała zwymiotować.
— On wiedział o moich długach.
— Oczywiście — powiedziała Marta.
— Wiedział wszystko.
Daniel spojrzał na żonę.
— Bo mu wszystko powiedziałaś.
— Myślałam, że chce zainwestować.
— A on znalazł człowieka, który ma długi i dostęp do naszej rodziny.
— Nie wiedziałam, że znał twoich rodziców.
— Kiedy ci powiedział?
Karolina zmarszczyła brwi.
— Co?
— Kiedy powiedział, że hotel należy do mamy?
— W grudniu.
— A kiedy powiedział, że kiedyś tu pracował?
Karolina zastygła.
— Nigdy.
Ewa przymknęła oczy.
Właśnie tego się spodziewała.
O 15.19 recepcja zadzwoniła do Piotra.
— Jest — powiedział po krótkiej rozmowie.
Daniel podniósł się.
Karolina zacisnęła dłonie.
Ewa siedziała.
— Sam?
— Z mężczyzną około czterdziestki. Ma teczkę. Pyta o panią Karolinę.
— Powiedz, żeby przyszli.
Daniel spojrzał na matkę.
— Mamo.
— Nie bój się.
— Nie boję się o siebie.
Ewa uśmiechnęła się smutno.
— Ja też nie.
Po trzech minutach zapukano.
Piotr otworzył drzwi.
Robert Krawiec wszedł pierwszy.
Miał około pięćdziesięciu pięciu lat, krótkie siwe włosy, granatowy garnitur i sposób poruszania się człowieka, który przez lata ćwiczył wchodzenie do pomieszczeń tak, jakby do niego należały.
Zrobił dwa kroki.
Zobaczył Ewę.
Stanął.
Przez ułamek sekundy z jego twarzy zniknęło wszystko.
Potem pojawił się uśmiech.
— Ewa.
— Robert.
Mężczyzna stojący za nim nie wszedł.
Robert odwrócił się.
— Poczekaj na dole, Marcin.
Drzwi się zamknęły.
Robert spojrzał po obecnych.