O zdaniu: „Tata zrobiłby inaczej”.
— Dobrze, że to widzisz.
— Trochę późno.
— Lepiej późno niż wcale.
Po Nowym Roku sytuacja zaczęła się uspokajać.
Marta znalazła pracę w hotelu przy organizacji konferencji i wesel.
Początkowo traktowała ją jak osobistą porażkę.
Po dwóch miesiącach okazało się, że zarabia mniej niż w najlepszych czasach własnej firmy, ale więcej niż przez ostatni rok jej działalności po odjęciu wszystkich kosztów.
Michał wziął dodatkowe zlecenia w swojej firmie informatycznej.
Sprzedali jeden z droższych rowerów.
Zrezygnowali z planowanych ferii we Włoszech.
Po raz pierwszy od dawna zobaczyłam, jak żyją nie na poziomie, który chcą pokazywać, ale na takim, na jaki ich faktycznie stać.
Nie wyglądało to efektownie.
Wyglądało normalnie.
W lutym Michał zaprosił mnie na kawę.
Nie do domu.
Do małej kawiarni w Gdańsku.
— Chcę ci coś oddać.
Przesunął po stole kopertę.
W środku było trzy tysiące złotych.
— Co to?
— Pierwsza rata.
— Czego?
— Tych sześćdziesięciu tysięcy, które dałaś Marcie na start firmy.
— Michał, nie musicie teraz…
Przerwałam.
Właśnie miałam zrobić to znowu.
Usunąć konsekwencję, zanim nawet zdążyła zaboleć.
Zamknęłam kopertę.
— Dziękuję.
Uśmiechnął się.
— Tata byłby z ciebie dumny.
— Nie próbuj.
Roześmiał się po raz pierwszy od miesięcy.
— Tym razem mówię serio.
— Tym bardziej nie próbuj.
W marcu wydarzyło się coś jeszcze.
Marta zadzwoniła.
Nie pisała.
Zadzwoniła.
— Możemy się spotkać?
Spotkałyśmy się w parku.
Było zimno, mimo słońca.
Usiadłyśmy na ławce.
Przez pierwsze dwie minuty rozmawiałyśmy o dzieciach.
Potem Marta spojrzała przed siebie.
— Chcę cię przeprosić.
Nie powiedziałam „nie trzeba”.
Trzeba było.
— Słucham.
— Za tamten dzień. Za pokój. Za notariusza. Za to, że mówiłam ludziom o domu, jakby był nasz.
Skinęłam głową.
— Dlaczego to zrobiłaś?
Długo milczała.
— Wstydziłam się.
— Czego?
— Że firma nie działa.
Spodziewałam się wielu odpowiedzi.
Nie tej.
— Wszyscy myśleli, że odnoszę sukces. Instagram, zdjęcia, wesela, duże realizacje. Mama opowiadała znajomym, jak dobrze sobie radzę. Ty też kiedyś powiedziałaś, że podziwiasz, jak rozwinęłam biznes.
— Bo podziwiałam.
— A ja już wtedy wiedziałam, że jest źle.
Popatrzyła na dłonie.
— Brałam nowe zlecenia, żeby pokrywać stare. Każde duże wesele miało mnie uratować. Potem jeden klient nie zapłacił. Potem drugi. Zamiast ograniczyć firmę, wynajęłam większy lokal, bo uważałam, że muszę pokazać, że się rozwijam.
— Dlaczego nie powiedziałaś Michałowi?
— Mówiłam mu po kawałku.
To brzmiało znajomo.
Ja też przez lata dowiadywałam się o problemach Michała po kawałku.
Tyle, ile trzeba, żeby pomóc.
Nigdy tyle, żeby zobaczyć całość.
— A potem? — zapytałam.
— Potem sytuacja była tak zła, że powiedzenie prawdy oznaczało przyznanie, że od miesięcy go okłamuję.
— Więc zaczęłaś planować kredyt.
— Tak.
— Na moim domu.
— Tak.
Nie usprawiedliwiała się.
To było nowe.
— A mój pokój?
Marta zamknęła oczy.
— To było małe i podłe.
— Było.
— Byłam wściekła, że nie możemy po prostu zrobić tego, czego potrzebujemy. Mama miała się przeprowadzić. Uważałam, że skoro ten pokój stoi pusty, to…
— Nie był pusty.
— Wiem.
— Był mój.
— Wiem.
Pierwszy raz naprawdę jej uwierzyłam.
— Kiedy powiedziałaś, że to już wasz dom…
— Chciałam, żeby był.
— To nie to samo.
— Teraz wiem.
Uśmiechnęłam się smutno.
— Wszyscy w tej rodzinie ostatnio dużo rzeczy „teraz wiedzą”.
Marta też się lekko uśmiechnęła.
Po chwili spoważniała.
— Nie oczekuję, że mi zaufasz.
— Dobrze.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
— Mogłaś powiedzieć coś milszego.
— Mogłam. Ale próbujemy już mówić prawdę.
Parsknęła śmiechem.
— Słusznie.
— Zaufanie nie wraca od przeprosin. Wraca od zachowania.
— Rozumiem.
— I jeszcze jedno.
— Tak?
— Nigdy więcej nie mów dzieciom, że przeze mnie mogą stracić dom.
Poczerwieniała.
— Wiem.
— Nie. Chcę, żebyś powiedziała to wyraźnie.
Popatrzyła mi w oczy.
— Nigdy więcej nie będę mieszać ich w nasze sprawy finansowe.
— Dziękuję.
To nie był moment pojednania jak z filmu.
Nie przytuliłyśmy się.
Nie płakałyśmy sobie na ramieniu.
Wstałyśmy z ławki i poszłyśmy w przeciwnych kierunkach.
Ale pierwszy raz od pół roku nie czułam, że jedna z nas udaje.
W kwietniu pojechałam do Banina.
Nie byłam tam od kilku miesięcy.
Michał zaprosił mnie na obiad.
Marta otworzyła drzwi.
— Cześć.
— Cześć.
Spojrzałam w stronę schodów.
— Mogę zobaczyć mój pokój?
— Jasne.
Poszłam na górę.
Drzwi były zamknięte.
Otworzyłam.
Narzuta leżała na łóżku.
Fotografia Jerzego znowu stała na parapecie.
W szufladzie znalazłam sweter, ładowarkę i kapcie.
Na komodzie stała mała kartka.
„To jest pokój babci. Nie ruszać! Zosia”.
Zaśmiałam się.
— To nie mój pomysł — powiedziała Marta zza pleców.
— Domyślam się.
— Chciałam wyrzucić.
Odwróciłam się.
— Kartkę?
— Nie. Stary stolik.
— I?
— Zosia powiedziała, że nie wolno, bo jest twój.
— Mądra dziewczyna.
— Bardzo.
Zeszłyśmy na dół.
Przy obiedzie nie rozmawialiśmy o długach.
Antek opowiadał o piłce.
Zosia o konkursie z polskiego.