— Podpisanie umowy darowizny nieruchomości na rzecz pani syna.

Spojrzałam na karton z moim imieniem.

— Proszę mi powiedzieć jedno. Kto umówił to spotkanie?

— Pan Michał Wysocki.

W tej samej chwili drzwi pokoju otworzyły się.

Stał w nich mój syn.

I po jego twarzy poznałam, że usłyszał wszystko.

 

CZĘŚĆ 2

— Mamo, mogę to wyjaśnić.

Rozłączyłam się.

— Świetnie. Zacznij od tego, dlaczego w poniedziałek mam podarować ci dom, skoro pierwszy raz słyszę o tym w sobotę.

Michał zamknął drzwi.

— Nie miałem zamiaru stawiać cię przed faktem dokonanym.

— A przed czym?

Przetarł dłonią twarz.

— Chcieliśmy porozmawiać jutro.

— Po przyjęciu, na które zaprosiłeś pięćdziesiąt osób?

— To nie ma związku.

— Ma.

Spojrzał w bok.

To wystarczyło mi bardziej niż odpowiedź.

— Potrzebujemy uregulować sytuację domu — powiedział. — Bank chce jasnego stanu własności.

— Jaki bank?

Nie odpowiedział.

— Michał?

— Mamy pewne plany.

Drzwi gwałtownie otworzyła Marta.

— Co ty jej mówisz?

— Prawdę — odpowiedział.

Marta pobladła.

— Nie ma o czym rozmawiać teraz.

Sięgnęłam po walizkę.

— Zgadzam się.

Zeszłam na dół.

Przy drzwiach gabinetu zatrzymałam się.

Marta ruszyła za mną.

— Halina.

Otworzyłam drzwi.

Na biurku leżała granatowa teczka.

Marta złapała mnie za ramię.

— To prywatne.

Spojrzałam na jej dłoń.

Puściła.

Otworzyłam teczkę.

Na pierwszej stronie znajdował się projekt aktu darowizny.

Na drugiej — wycena domu.

Dwa miliony sto dwadzieścia tysięcy złotych.

Na trzeciej zobaczyłam logo banku.

„Wnioskowana kwota finansowania: 720 000 PLN”.

Niżej widniały dwa nazwiska.

Michał Wysocki.

Marta Wysocka.

A jeszcze niżej jedno zdanie:

„Zabezpieczenie docelowe: hipoteka na nieruchomości położonej w Baninie…”

Podniosłam wzrok.

— Chcecie dostać ode mnie dom, żeby trzy dni później obciążyć go kredytem?

Marta przez chwilę nic nie mówiła.

Potem wyprostowała plecy.

— I właśnie dlatego nie chcieliśmy ci jeszcze wszystkiego tłumaczyć.

— Jeszcze?

— Bo nie rozumiesz naszej sytuacji.

Z ogrodu dobiegło wołanie fotografa:

— Państwo Wysoccy! Zdjęcie przed domem!

Marta popatrzyła w stronę tarasu.

A potem powiedziała zdanie, którego nie zapomniałam do końca życia.

— Halina, czy choć raz możesz nie myśleć tylko o tym, co jest twoje?

Zamknęłam teczkę.

— Mogę.

Wyjęłam telefon.

— I właśnie zaczynam.

 

CZĘŚĆ 3

Marta patrzyła na telefon w mojej dłoni, jakbym trzymała nie urządzenie, tylko granat.

— Do kogo dzwonisz?

— Do człowieka, który naprawdę rozumie, co jest moje.

— Halina, nie rób sceny.

— Nie robię.

Wybrałam numer Pawła Kosińskiego, radcy prawnego, który przez wiele lat obsługiwał naszą aptekę. Po śmierci Jerzego pomagał mi również uporządkować testament, sprzedaż firmy i kilka spraw dotyczących mieszkań, które wynajmowaliśmy studentom.

Odebrał za czwartym sygnałem.

— Halina? Wszystko w porządku?

— Nie. Potrzebuję cię w poniedziałek rano.

Marta skrzyżowała ręce.

Michał stał kilka metrów dalej.

— Chodzi o dom w Baninie — powiedziałam. — Ktoś umówił w moim imieniu spotkanie dotyczące darowizny na rzecz Michała. Na tej podstawie planowany jest kredyt siedemset dwadzieścia tysięcy złotych pod hipotekę.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Podpisałaś cokolwiek?

— Nie.

— Pełnomocnictwo?

— Nie.

— Zgodę na przygotowanie projektu?

— Nie.

Paweł wypuścił powietrze.

— To w takim razie niczego nie podpisujesz. Wyślij mi zdjęcia wszystkiego, co znalazłaś.

Marta prychnęła.

— To są nasze dokumenty.

Paweł musiał ją usłyszeć.

— Jesteś z nimi? — zapytał.

— Tak.

— Wyjdź stamtąd z dokumentami dotyczącymi twojej nieruchomości, jeżeli możesz je legalnie zabrać. Reszty nie ruszaj. W poniedziałek jedziemy do kancelarii.

— Dobrze.

Rozłączyłam się.

Marta natychmiast podeszła bliżej.

— Nie możesz zabierać naszych dokumentów.

— Akt darowizny mojego domu raczej nie dotyczy wyłącznie was.

— To jest projekt.

— Wiem.

— Nikt cię nie zmusi do podpisania.

— Wspaniale.

— Więc po co ten teatr?

Popatrzyłam na nią długo.

— Marta, dziś pierwszy raz od dwóch lat potraktowałaś mnie tak, jakby ten dom już należał do ciebie.

— Bo to my tutaj mieszkamy.

— A ja pozwoliłam wam tu mieszkać.

— I znowu to samo! — podniosła głos. — Zawsze musisz przypominać, że coś dałaś, za coś zapłaciłaś, coś załatwiłaś.

Kilka osób stojących przy otwartych drzwiach tarasowych odwróciło głowy.

Michał zrobił krok w jej stronę.

— Marta, ciszej.

— Nie. Mam dość. Dziesięć lat słucham, jaka jego matka jest hojna. Halina kupiła wózek. Halina dołożyła do samochodu. Halina zapłaciła Zosi za obóz. Halina kupiła dom. Halina urządziła ogród. Wszystko Halina.

Przez sekundę prawie jej współczułam.

Prawie.

— Wiesz, co jest w tym najprostsze? — zapytałam. — Wystarczyło nie brać.

Marta otworzyła usta.

Nie odpowiedziała.

W ogrodzie ucichły rozmowy.

Nie chciałam publicznego upokorzenia. Ani mojego, ani ich.

Wzięłam granatową teczkę.

— Pójdę już.

— Babciu! — krzyknęła Zosia.

Stała obok tortu razem z siedmioletnim Antkiem.

Fotograf trzymał aparat.

— Miało być zdjęcie!

Nie umiałam zostawić tego w taki sposób.

Wyszłam na taras.

Stanęłam obok dzieci.

Fotograf spojrzał na Michała.

— Pan też?

Mój syn podszedł.