— Razem z czym?
— Z kredytem.
Zaśmiałam się krótko.
Nie dlatego, że było mi wesoło.
— Czyli miałam w niedzielę dowiedzieć się, że w poniedziałek mam podarować wam nieruchomość wartą ponad dwa miliony, żebyście mogli obciążyć ją hipoteką na siedemset dwadzieścia tysięcy, a przy okazji dostać informację, że matka Marty przeprowadza się na stałe do piwnicy.
— Jak to powiesz w taki sposób…
— A w jaki mam?
Nie odpowiedział.
— Michał, czy ty w ogóle słyszysz siebie?
— Słyszę. I wiem, że popełniliśmy błąd.
To było pierwsze rozsądne zdanie, jakie padło z jego ust tego dnia.
Tylko że przyszło za późno.
— Dlaczego firma Marty ma prawie czterysta tysięcy długu?
— Pandemia, potem koszty, kilka dużych klientów nie zapłaciło…
— Pandemia skończyła się kilka lat temu.
— To się ciągnęło.
— A nowe auto?
— Leasing.
— Wakacje na Krecie?
— To było dawno.
— Nowa kuchnia za osiemdziesiąt tysięcy?
Cisza.
— Widzisz, Michał? — powiedziałam. — Waszym problemem nie jest tylko firma.
— Wiem.
— Nie. Gdybyś wiedział, nie siedziałbyś dwa dni przed wizytą u notariusza i nie liczył, że matka da ci dom, bo kiedyś miał być twój.
Tym razem cisza trwała długo.
W końcu powiedział:
— Tata zrobiłby inaczej.
To zabolało.
Jerzy nie żył od trzech lat.
Michał doskonale wiedział, że wciąż był to jeden z niewielu tematów, który potrafił mnie rozbroić.
— Nie używaj ojca — odpowiedziałam.
— Ale to prawda.
— Nie wiesz.
— Wiedział, że dom rodzinny powinien zostać w rodzinie.
— Ten dom kupiłam rok po jego śmierci.
Michał zamilkł.
— Dobranoc.
Rozłączyłam się.
Nie spałam prawie całą noc.
Nie dlatego, że zastanawiałam się, czy im pomóc.
Zastanawiałam się, od jak dawna przestałam odróżniać pomoc od finansowania cudzej nieodpowiedzialności.
Nad ranem przypomniałam sobie coś, czego nie dotykałam od miesięcy.
Dolną szufladę biurka Jerzego.
Po jego śmierci opróżniłam większość rzeczy, ale zostawiłam jedno pudełko z dokumentami osobistymi. Stare polisy, listy, notatki, kilka zdjęć.
Wśród nich była mała koperta.
Na niej charakterem pisma Jerzego zapisano jedno zdanie:
„Dla Haliny, jeżeli kiedyś będziesz musiała podjąć dużą decyzję dotyczącą Michała”.
Pamiętałam tę kopertę.
Nigdy jej nie otworzyłam.
Jerzy zostawił kilka podobnych wiadomości. Jedną przeczytałam po pogrzebie. Drugą w pierwszą rocznicę jego śmierci.
Tej nie ruszyłam.
Bałam się, że została napisana wtedy, gdy choroba była już zaawansowana i że znajdę w niej pożegnanie, na które nie byłam gotowa.
O szóstej rano siedziałam przy biurku.
Otworzyłam kopertę.
W środku były dwie kartki.
Pierwsze zdanie sprawiło, że usiadłam prościej.
„Halu, jeżeli to czytasz, Michał prawdopodobnie znów przyszedł po pieniądze albo poprosił cię o coś większego, niż chce nazwać po imieniu.”
Czytałam dalej.
Jerzy opisał sytuację sprzed dziewięciu lat.
Michał prowadził wtedy z kolegą małą firmę zajmującą się montażem kuchni.
Pamiętałam, że biznes upadł.
Nie wiedziałam tylko, dlaczego.
Według Jerzego Michał poręczył kilka zobowiązań wspólnika. Potem próbował ratować sytuację kolejnymi pożyczkami.
Łącznie sto sześćdziesiąt osiem tysięcy złotych.
Jerzy spłacił większość.
Mnie powiedział, że firma została zamknięta bez większych strat.
„Nie powiedziałem ci, bo był to okres po twojej operacji i uznałem, że cię chronię. Dziś wiem, że chroniąc cię przed prawdą, ochroniłem również Michała przed konsekwencjami.”
Przerwałam czytanie.
Dłonie zaczęły mi drżeć.
Dalej Jerzy pisał:
„Michał nie jest złym człowiekiem. Jest człowiekiem, który panicznie boi się przyznać, że coś zawalił. Kiedy wpada w kłopoty, nie zatrzymuje się. Szuka kolejnego sposobu, żeby odsunąć dzień, w którym będzie musiał powiedzieć: zrobiłem błąd. Uważaj, żeby twoja miłość nie stała się dla niego kolejnym sposobem.”
Ostatni akapit przeczytałam trzy razy.
„Pomóż mu, kiedy będzie gotów ponieść konsekwencje. Nie pomagaj mu ich usuwać. To nie jest to samo.”
Położyłam list na biurku.
Przez chwilę miałam pretensję do zmarłego męża.
Za to, że przede mną ukrył prawdę.
Potem do siebie.
Bo przecież przez wszystkie te lata robiłam dokładnie to samo.
Kiedy Michał potrzebował pieniędzy na samochód, dokładałam.
Kiedy Zosia szła do prywatnego przedszkola, płaciłam połowę.
Kiedy Marta rozwijała firmę, pożyczyłam jej sześćdziesiąt tysięcy.
Pożyczka nigdy nie została spłacona.
Nawet przestałam nazywać ją pożyczką.
Kiedy kupiłam dom, powiedziałam sobie, że robię to dla wnuków.
Może częściowo była to prawda.
A częściowo bałam się, że jeśli przestanę dawać, przestanę być potrzebna.
W niedzielę rano pojechałam do kościoła, choć od śmierci Jerzego bywałam tam coraz rzadziej.
Potem poszłam na długi spacer.
O jedenastej Marta napisała:
„Przyjedź na obiad. Spokojnie porozmawiamy.”
Odpisałam:
„Nie przyjadę.”
Minutę później:
„Dzieci pytają.”
„Zadzwońmy wieczorem. Porozmawiam z nimi.”
Marta:
„One wiedzą, że coś jest nie tak.”
Nie odpowiedziałam.
O trzynastej zadzwoniła Danuta.
To mnie zaskoczyło.
— Halina, czy możemy porozmawiać jak dwie dorosłe kobiety?
— Możemy.
— Marta płacze od rana.
— Przykro mi.
— Naprawdę chcesz zostawić własnego syna z długami?
— To nie są moje długi.
— Rodzina tak nie funkcjonuje.
— A jak funkcjonuje?
Danuta westchnęła.
— Wspiera się.
— Sprzedałaś mieszkanie?
Cisza.
— Michał powiedział?
— Powiedział, że jest sprzedawane.