Marta patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

— Czyli jednak masz pieniądze.

— Nigdy nie twierdziłam, że nie mam.

— Tylko nie chcesz dać ich nam.

— Właśnie zaczynam rozumieć różnicę między „dać wam” a „pomóc”.

Położyłam trzecią kopertę na stole.

— A to jest informacja, że zmieniłam testament.

Michał pobladł.

— Mamo…

— Spokojnie. Nie zostawiłam cię bez niczego.

Marta wpatrywała się w kopertę.

— Czyli jednak kara.

— Nie. Granica.

Mój majątek nie był wart fortuny z amerykańskich filmów.

Po sprzedaży apteki, mieszkaniu, dwóch niewielkich lokalach na wynajem i domu w Baninie było to nieco ponad trzy miliony złotych.

Do tamtego tygodnia większość miał odziedziczyć Michał.

Zmieniłam to.

Część zapisałam bezpośrednio Zosi i Antkowi, z zabezpieczeniem do osiągnięcia przez nich określonego wieku.

Część Michałowi.

Jeden lokal fundacji hospicyjnej, w której Jerzy spędził ostatnie tygodnie życia.

Dom w Baninie nie został nikomu zapisany osobno.

Miał wejść do masy spadkowej.

Bez obietnic.

Bez założenia, że komuś „i tak się należy”.

— Nie otwieraj teraz — powiedziałam do Michała.

— Dlaczego?

— Bo i tak nie dostaniesz pełnego testamentu. Chcę tylko, żebyś wiedział, że już nie układam swojego majątku wokół przekonania, że muszę ci wszystko zabezpieczyć.

Marta zaczęła się śmiać.

Cicho, nerwowo.

— Niesamowite.

— Co?

— Jedna kłótnia i wydziedziczasz syna.

— Nie wydziedziczam.

— Zmniejszasz mu spadek.

— Tak.

— To jest kara.

Michał nagle spojrzał na żonę.

— Marta, przestań mówić o moim spadku, jakby mama już nie żyła.

Zapadła cisza.

Danuta usiadła.

Ja również na moment nie wiedziałam, co powiedzieć.

Michał wstał.

— Mam dość.

— To przez nią wszystko się wali — powiedziała Marta.

— Nie.

— Słucham?

— Firma nie wali się przez mamę.

— Gdyby podpisała…

— Właśnie o to chodzi! — krzyknął. — Gdyby podpisała, wzięlibyśmy siedemset dwadzieścia tysięcy i dalej udawali, że wszystko działa!

Marta zbladła.

— Teraz jesteś po jej stronie?

— Nie ma stron.

— Oczywiście, że są.

— I to jest problem.

Po raz pierwszy od lat zobaczyłam w synu nie chłopca, któremu trzeba rozwiązać problem, ale dorosłego człowieka, który właśnie zaczyna rozumieć, że sam musi wybrać, co zrobi dalej.

Wstałam.

— Wracam do domu.

Michał odprowadził mnie do drzwi.

— Mamo.

Odwróciłam się.

— Dzięki za te sześć miesięcy z czynszem. Jeśli będzie trzeba.

— Dla dzieci.

Skinął głową.

— Wiem.

Marta podpisała umowę piątego dnia.

Nie dlatego, że się ze mną zgodziła.

Dlatego, że nie miała wyboru, który uważałaby za lepszy.

Dwa tygodnie później firma formalnie rozpoczęła restrukturyzację.

Jeden samochód wrócił do leasingodawcy.

Drugi sprzedano.

Lokal pracowni oddano właścicielowi.

Część zleceń przejęły dwie zaprzyjaźnione firmy.

Klientom zwrócono część zaliczek, innym zaproponowano realizację w ograniczonym zakresie.

Marta płakała, krzyczała, oskarżała Michała, księgową, klientów i rynek.

Przez jakiś czas oskarżała również mnie.

Potem przestała się do mnie odzywać.

Danuta sprzedała mieszkanie.

Nie przekazała Marcie stu kilkudziesięciu tysięcy, jak początkowo planowała.

Po rozmowie ze swoim prawnikiem i doradcą wynajęła dwupokojowe mieszkanie dziesięć minut samochodem od córki.

Byłam niemal pewna, że będzie mnie nienawidzić.

Ku mojemu zdziwieniu zadzwoniła po miesiącu.

— Muszę ci coś powiedzieć.

— Słucham.

— Miałaś rację w jednej sprawie.

Nie komentowałam.

— Gdybym dała Marcie wszystkie pieniądze ze sprzedaży mieszkania, dziś zostałabym bez mieszkania i bez pieniędzy.

— Możliwe.

— Nie musisz być taka zadowolona.

— Nie jestem.

Westchnęła.

— Właśnie to mnie najbardziej denerwuje.

Pierwszy raz od tygodni prawie się uśmiechnęłam.

— Danuta, mogę cię o coś zapytać?

— Tak.

— Naprawdę uważałaś, że dom jest właściwie ich?

Milczała.

— Tak — powiedziała w końcu. — Bo Marta tak mówiła. A Michał nigdy nie zaprzeczał.

— Rozumiem.

— Powinnam była zapytać ciebie.

— Tak.

— Przepraszam.

Nie zostałyśmy przyjaciółkami.

Nie było takiej potrzeby.

Ale od tamtej rozmowy przynajmniej przestałyśmy udawać.

Najtrudniejsza była relacja z Martą.

W listopadzie nie przyszła na moje urodziny.

Michał przyjechał z dziećmi.

Zosia dała mi rysunek domu.

Nie tego w Baninie.

Małego żółtego domku z ogrodem.

Nad drzwiami napisała:

„U BABCI”.

— Czemu taki? — zapytałam.

Wzruszyła ramionami.

— Bo mama mówi, że kiedyś sprzedasz nasz.

Michał zamknął oczy.

— Zosia…

— Co?

Pogłaskałam ją po włosach.

— To nie jest temat dla dzieci.

— Ale ja już wiem, że dom jest twój.

— Tak.

— I nas nie wyrzucisz?

— Nie mam takiego planu.

— A mama mówi…

Michał przerwał.

— Mama jest teraz bardzo zdenerwowana.

Zosia popatrzyła na ojca.

— To czemu mówi przy nas?

Cisza po tym pytaniu była prawdopodobnie najbardziej wychowawczą rzeczą, jaka wydarzyła się Michałowi w tamtym miesiącu.

Położył córce rękę na ramieniu.

— Masz rację. Nie powinna.

Wieczorem zadzwonił.

— Porozmawiałem z Martą.

— Nie musisz mi mówić.

— Muszę.

— Dlaczego?

— Bo przez lata pozwalałem jej mówić rzeczy, z którymi się nie zgadzałem, żeby uniknąć kłótni. I potem udawałem, że to nie moja odpowiedzialność.

Pomyślałam o przyjęciu.

O jego wzroku uciekającym w bok.

O teczce.