— Jestem gotowa opłacić niezależnego doradcę restrukturyzacyjnego. Możemy przejrzeć zobowiązania firmy, sprzedać jeden samochód, rozwiązać część umów, negocjować z wierzycielami. Jeżeli trzeba będzie zamknąć działalność, pomogę wam przejść przez ten proces.
Marta patrzyła na kartkę, jakbym ją obraziła.
— Zamknąć firmę?
— Jeżeli firma nie jest w stanie obsługiwać swoich zobowiązań.
— Cztery lata na nią pracowałam!
— Wiem.
— I ty tak po prostu mówisz: zamknij?
— Mówię: najpierw policz.
Michał przeczytał dokument.
— A dom?
— Pozostaje mój.
Marta odsunęła krzesło.
— Wiedziałam.
— Co wiedziałaś?
— Że chodzi ci o kontrolę.
Parsknęłam cicho.
— Marta, dwa dni temu znalazłam w waszych dokumentach projekt przekazania wam mojego domu, wniosek o obciążenie go kredytem i notatkę o remoncie dla twojej matki. Naprawdę chcesz rozmawiać ze mną o kontroli?
— Przez lata dawałaś nam wszystko, a potem za każdym razem oczekiwałaś wdzięczności.
— Oczekiwałam, że nie będziecie rozporządzać czymś, czego wam nie dałam.
— Dla ciebie zawsze wszystko sprowadza się do własności.
— Dzisiaj? Tak.
Michał nagle podniósł głos.
— Dosyć.
Spojrzałyśmy na niego.
— Marta, przestań.
W jej oczach pojawiło się autentyczne zaskoczenie.
— Co?
— Mama ma rację w jednej rzeczy. Zrobiliśmy to fatalnie.
— „Fatalnie”?
— Powinniśmy powiedzieć jej od razu.
— Ty chciałeś czekać!
— Bo ty mówiłaś, że jeśli powiemy przed przyjęciem, to zacznie panikować.
Zapadła cisza.
Marta powoli odwróciła się do niego.
— Serio?
— Taka była rozmowa.
— A kto powiedział, że najlepiej przygotować projekt wcześniej? Ja?
— Oboje się zgodziliśmy.
Po raz pierwszy zobaczyłam, jak ich wspólny front pęka.
Nie sprawiło mi to żadnej satysfakcji.
Pani Izabela odsunęła dokument.
— Rozumiem zatem, że do darowizny nie dochodzi.
— Nie — odpowiedziałam.
Marta wstała.
— To nie ma sensu.
— Usiądź — powiedział Michał.
— Nie będziesz mi mówił, co mam robić.
— Marta.
— To twoja matka. Ty to załatwiaj.
Wyszła.
Michał został.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
Potem syn spojrzał na mnie.
— Czyli co teraz?
— Teraz zadzwonisz do doradcy.
— A jeśli nie?
Poczułam smutek.
Ale nie lęk.
— To będzie twoja decyzja.
Wyszedł pięć minut później.
Przed kancelarią Paweł zapytał:
— Chcesz rozwiązać umowę użyczenia?
Formalnej umowy nigdy nie podpisaliśmy. Prawnie sytuacja była prostsza, niż Michał najwyraźniej zakładał, ale nie chciałam działać impulsywnie.
— Nie dziś.
— Dobrze.
— Obiecałam Zosi, że nikt nie wyrzuci ich z domu z dnia na dzień.
— To rozsądne.
— Ale chcę, żeby wszystko zostało spisane.
Jeszcze tego samego dnia przygotowaliśmy pisemną umowę użyczenia na czas określony.
Dwanaście miesięcy.
Bez prawa do podnajmu.
Bez remontów konstrukcyjnych bez mojej pisemnej zgody.
Bez wprowadzania dodatkowych stałych lokatorów.
Koszty bieżące po ich stronie.
Zero domniemanych obietnic dotyczących przeniesienia własności.
Kiedy wysłałam dokument Michałowi, zadzwonił po dziesięciu minutach.
— Żartujesz?
— Nie.
— Mam podpisać umowę na mieszkanie we własnym rodzinnym domu?
— To nie jest twój dom.
Zapadła długa cisza.
— Rozumiem — powiedział w końcu.
Pierwszy raz zabrzmiało to tak, jakby naprawdę zaczynał.
Marta nie rozumiała.
Przez kolejne trzy dni dostałam od niej kilkanaście wiadomości.
Najpierw gniewnych.
Potem chłodnych.
Na końcu dramatycznych.
„Zosia nie może spać.”
„Antek pyta, czy babcia ich nie kocha.”
„Moja firma zatrudnia ludzi. Rozumiesz, że oni stracą pracę?”
„Mama została bez mieszkania przez ustalenia, które wszyscy znaliśmy.”
Na ostatnią odpisałam:
„Ja tych ustaleń nie znałam.”
Odpowiedź nie przyszła.
W czwartek zadzwonił doradca restrukturyzacyjny.
Michał jednak do niego poszedł.
Marta nie.
— Pani syn poprosił mnie, żebym skontaktował się z panią jako właścicielką nieruchomości — powiedział mężczyzna. — Nie będę zdradzał szczegółów bez zgody obojga małżonków, ale sytuacja jest trudna.
— Jak bardzo?
— Powiem tylko tyle: dodatkowy kredyt pod zastaw domu prawdopodobnie odsunąłby problem. Nie rozwiązałby go.
Tego właśnie się bałam.
Kilka dni później Michał przyjechał sam.
Wyglądał, jakby nie spał.
Położyłam przed nim kawę.
— Marta wie, że tu jesteś?
— Tak.
— I?
— Nie odzywa się do mnie od rana.
Usiadł.
— Firma jest praktycznie niewypłacalna.
Nie skomentowałam.
— Są jeszcze zobowiązania, o których nie wiedziałem.
— Ile?
— Około stu czterdziestu tysięcy.
Poczułam ucisk w żołądku.
— Skąd?
— Zaliczki od klientów.
— Jakie zaliczki?
— Przyjęła zaliczki na wesela na przyszły rok. Część pieniędzy poszła na bieżące koszty.
— Czyli musi wykonać zlecenia, ale pieniędzy już nie ma.
Skinął głową.
— I jeszcze trzydzieści osiem tysięcy zaległości podatkowych.
Nie powiedziałam „a nie mówiłam”.
W tym momencie nie miało to sensu.
— Wiedziałeś?
— Nie wszystko.
— A o długu wobec Danuty?
— Tak.
— O sprzedaży jej mieszkania?
— Tak.
— O przeprowadzce?
— Od dwóch miesięcy.
Popatrzyłam mu prosto w oczy.
— Dlaczego mi nie powiedziałeś?
Michał długo milczał.
— Bo wiedziałem, że powiesz nie.
To była pierwsza w pełni uczciwa odpowiedź.
— Właśnie.
— Marta mówiła, że jak dom będzie już mój, to sprawa Danuty nie będzie wymagała twojej zgody.