— I co ty na to?

— Nic.

— Nic?

— Mamo, ja… byłem zmęczony. Kłóciliśmy się o pieniądze prawie codziennie. Firma waliła się na głowę. Danuta dzwoniła, że sprzeda mieszkanie i pomoże, ale chciała wiedzieć, że nie zostanie potem sama. Marta powiedziała, że przecież kiedyś obiecałaś mi dom.

— Nie obiecałam.

— Mówiłaś, że kiedyś może być mój.

— To nie jest to samo.

— Teraz wiem.

Wstałam.

Podeszłam do biurka.

Przyniosłam list Jerzego.

Położyłam go przed synem.

— Przeczytaj.

Michał spojrzał na pismo ojca.

Natychmiast pobladł.

Czytał powoli.

Przy drugim akapicie zacisnął usta.

Przy ostatnim odłożył kartkę.

— Wiedziałaś?

— Nie.

— Tata ci nie powiedział?

— Nie.

Oparł twarz na dłoniach.

— Boże.

Usiadłam naprzeciwko.

— Sto sześćdziesiąt osiem tysięcy, Michał.

— Wiem.

— Ja nie wiedziałam.

— Wiem.

— I znowu robisz dokładnie to samo.

— Wiem.

Tym razem jego głos się załamał.

Nie przytuliłam go.

To było trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.

Przez trzydzieści dziewięć lat odruchowo przytulałam syna, gdy cierpiał.

Tym razem wiedziałam, że jeśli natychmiast go pocieszę, być może znowu pomylimy ulgę z rozwiązaniem.

— Co zrobisz? — zapytałam.

— Doradca mówi, że trzeba zamknąć część działalności. Sprzedać dostawczaka. Oddać drugi samochód. Dogadać się z klientami. Niektóre imprezy przejmie inna firma.

— A długi?

— Będziemy spłacać.

— Z czego?

— Z mojej pensji, z tego, co Marta zarobi, jeśli podejmie normalną pracę. Danuta odzyska część pieniędzy ze sprzedaży mieszkania.

— Czy jej mieszkanie już sprzedane?

— Umowa końcowa za trzy tygodnie.

— Gdzie zamieszka?

— Marta chce, żeby z nami.

Pokręciłam głową.

— Nie zgadzam się.

Michał zacisnął szczękę.

— Wiedziałem.

— Nie dlatego, że jej nie lubię. Dlatego, że nie podejmiecie teraz kolejnej decyzji finansowej opartej na założeniu, że ja pokryję konsekwencje.

— To co ona ma zrobić?

— Wynająć mieszkanie.

— Czynsze są wysokie.

— Ma pieniądze ze sprzedaży.

— Część obiecała Marcie.

— To niech przestanie obiecywać pieniądze, których sama potrzebuje.

Michał uśmiechnął się gorzko.

— Brzmisz jak tata.

— Mam nadzieję.

Przed wyjściem podpisał umowę użyczenia.

Marta odmówiła.

Przez następny tydzień sytuacja stawała się coraz bardziej napięta.

A potem wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam.

Zadzwoniła jedna z pracownic Marty.

Karolina.

Znałam ją słabo. Spotkałyśmy się kilka razy.

— Pani Halino, przepraszam, że dzwonię.

— Słucham.

— Nie wiem, czy powinnam.

— Skoro pani dzwoni, pewnie powinna.

Milczała przez moment.

— Marta powiedziała nam miesiąc temu, że firma dostanie duży zastrzyk pieniędzy, bo sprzedajecie rodzinny dom.

Zamarłam.

— Sprzedajemy?

— Tak zrozumiałam.

— Co dokładnie powiedziała?

— Że nieruchomość zostanie „uwolniona” i że rodzina pomaga jej w restrukturyzacji.

— Kiedy?

— Pod koniec sierpnia.

Był październik.

Czyli jeszcze zanim umówiono notariusza.

— Dlaczego mówi mi pani o tym teraz?

Karolina ściszyła głos.

— Bo dziś dowiedziałyśmy się, że nie będzie pieniędzy na nasze wypłaty. Marta powiedziała, że przez pani decyzję.

Zamknęłam oczy.

— Rozumiem.

— Nie chcę się mieszać w rodzinę.

— Już pani pomogła.

Wieczorem pojechałam do Banina.

Bez zapowiedzi.

Marta otworzyła drzwi.

Na mój widok jej twarz stężała.

— Czego chcesz?

— Porozmawiać.

— Dzieci śpią.

— Tym lepiej.

Michał był w salonie.

Danuta również.

Na stole leżały dokumenty z biura nieruchomości.

Spojrzałam na nie.

Danuta zauważyła.

— Szukam mieszkania.

— Dobrze.

Marta przewróciła oczami.

— Przynajmniej jedną osobę udało ci się ustawić.

Nie odpowiedziałam.

Usiadłam.

— Dzwoniła Karolina.

Marta znieruchomiała.

Michał spojrzał na żonę.

— Po co?

— Powiedziała, że od sierpnia informowałaś pracowników, że firma dostanie pieniądze z rodzinnej nieruchomości.

Michał odwrócił się do Marty.

— Co?

— Nie powiedziałam tak.

— Powiedziałaś, że sprzedajemy dom.

— Powiedziałam, że mamy możliwość finansowania.

— Marta — odezwał się Michał. — W sierpniu nawet nie rozmawialiśmy z mamą o darowiźnie.

— Rozmawialiśmy między sobą.

— Między sobą?!

Danuta wtrąciła się:

— Przecież wszyscy wiedzieliśmy, że Halina kiedyś przepisze dom.

Odwróciłam się do niej.

— Wszyscy, czyli kto?

— No… my.

— Beze mnie.

Nikt nie odpowiedział.

I właśnie wtedy wszystko ułożyło mi się w całość.

Nie było jednego złego weekendu.

Nie było jednej desperackiej decyzji.

Przez miesiące budowali plany oparte na majątku, którego nie posiadali.

Marta obiecywała pieniądze pracownikom.

Danuta sprzedawała mieszkanie.

Michał rozmawiał z bankiem.

Firma remontowa mierzyła okna.

Notariusz przygotowywał dokumenty.

A osoba, której podpis był potrzebny do uruchomienia całej konstrukcji, dowiadywała się na końcu.

Ja.

— W takim razie dzisiaj wszystko uporządkujemy — powiedziałam.

Wyjęłam z torebki trzy koperty.

Pierwszą położyłam przed Michałem.

— Umowę podpisałeś. Marta nie.

Drugą przed Martą.

— Masz siedem dni na podpisanie.

— A jeśli nie?

— Wypowiem zgodę na bezpłatne korzystanie z nieruchomości i wyznaczę rozsądny termin na wyprowadzkę.

Danuta poderwała się.

— Chcesz wyrzucić wnuki?!

— Nie.

Spojrzałam na Michała.

— Michał już wie, że jeżeli będziecie musieli wynająć mieszkanie, przez pierwsze sześć miesięcy pokryję połowę czynszu bezpośrednio właścicielowi. Ze względu na dzieci.