Marta została przez moment przy drzwiach, potem również stanęła obok.
Danuta znalazła miejsce przy Zosi.
Fotograf ustawił nas przed domem.
— Bliżej siebie.
Nikt się nie poruszył.
— Jeszcze troszkę.
Zosia wsunęła swoją małą dłoń w moją.
Migawka kliknęła.
Do dziś mam to zdjęcie.
Siedem osób stojących przed jasnym domem.
Dwoje dzieci naprawdę się uśmiecha.
Reszta wygląda jak rodzina tylko dla kogoś, kto nie zna tego, co wydarzyło się pięć minut wcześniej.
Po zdjęciu przytuliłam wnuki.
Michał odprowadził mnie do samochodu.
— Mamo.
Otworzyłam bagażnik.
— Nie dzisiaj.
— Nie wiedziałem, że Marta wyrzuciła twoje rzeczy z pokoju.
Spojrzałam na niego.
— Ale wiedziałeś o Danucie.
Zamilkł.
— I wiedziałeś o poniedziałku.
— Chciałem ci wszystko powiedzieć.
— Kiedy?
— Jutro.
— Przed czy po tym, jak pięćdziesiąt osób usłyszy, że to wasz dom?
Jego twarz drgnęła.
Trafiłam.
— Powiedzieliście im?
— Co?
— Że dom jest wasz.
— Ludzie tak zakładają.
— A wy ich poprawiacie?
Cisza.
Zamknęłam bagażnik.
— Właśnie.
Usiadłam za kierownicą.
Michał położył rękę na dachu samochodu.
— Mamo, sprawa jest poważniejsza, niż myślisz.
— Tego akurat jestem pewna.
— Marta ma kłopoty z firmą.
Po raz pierwszy od momentu, gdy zobaczyłam teczkę, coś mnie naprawdę zaskoczyło.
Marta od czterech lat prowadziła pracownię dekoracji ślubnych. Zaczynała od niewielkich zleceń, potem wynajęła lokal, zatrudniła dwie osoby, kupiła samochód dostawczy. W mediach społecznościowych wyglądało to znakomicie.
— Jakie kłopoty?
Michał zacisnął szczękę.
— Porozmawiamy.
— Ile?
— Nie wiem dokładnie.
— Kłamiesz.
Odwrócił wzrok.
— Około czterystu tysięcy.
Przez chwilę nie byłam w stanie powiedzieć niczego.
— Czterystu?
— Część to leasingi. Część dostawcy. Trochę zaległości.
— I chcesz wziąć siedemset dwadzieścia?
— Kredyt uporządkowałby wszystko.
— Pod zastaw mojego domu.
— Domu, który kiedyś i tak miał być mój.
Te słowa zawisły między nami.
Michał od razu wiedział, że powiedział za dużo.
— Rozumiem — odpowiedziałam.
— Mamo, nie o to mi chodziło.
— Właśnie dokładnie o to.
Odjechałam.
Przez pierwszych dziesięć minut prowadziłam automatycznie.
Na światłach przy obwodnicy zauważyłam, że telefon wibruje.
Marta.
Nie odebrałam.
Potem znowu.
I znowu.
Następnie przyszła wiadomość.
„Nie róbmy z tego wojny. Michał jest twoim synem. Normalni rodzice pomagają dzieciom, kiedy mają problemy.”
Po minucie druga.
„Dom i tak kiedyś będzie jego.”
A po kolejnych trzech minutach trzecia:
„Pomyśl o Zosi i Antku.”
Na tę wiadomość patrzyłam najdłużej.
To był moment, w którym przestałam się zastanawiać, czy przypadkiem nie przesadzam.
Kiedy ktoś używa dzieci jako argumentu w rozmowie o siedmiuset dwudziestu tysiącach złotych, nie prosi już o pomoc.
Naciska.
W domu położyłam granatową teczkę na stole w kuchni.
Zdjęłam płaszcz.
Zrobiłam herbatę, której nie wypiłam.
Dopiero wtedy przejrzałam wszystkie dokumenty.
Projekt aktu darowizny.
Wycena.
Wniosek kredytowy.
Harmonogram zadłużenia firmy Marty.
Trzysta osiemdziesiąt sześć tysięcy złotych.
Do tego leasing dwóch samochodów.
Kredyt obrotowy.
Zaległości wobec dostawców.
Niektóre faktury miały po pięć miesięcy.
Pod spodem znajdował się odręczny zapis.
„Po darowiźnie: bank 720 tys. / spłata zobowiązań / remont piwnicy dla mamy”.
Przeczytałam ostatnie cztery słowa trzy razy.
Remont piwnicy dla mamy.
Dla Danuty.
Nagle kosmetyczka na moim łóżku przestała wyglądać jak przypadek.
Sięgnęłam po telefon.
Nie zadzwoniłam do Michała.
Zadzwoniłam do Zbyszka, sąsiada z naprzeciwka.
Znałam go jeszcze z czasów, gdy dom stał pusty przed przeprowadzką dzieci.
— Przepraszam, że w sobotę wieczorem — powiedziałam. — Mogę o coś zapytać?
— Pewnie.
— Czy ostatnio coś robili przy piwnicy?
— Jeszcze nie. Ale jakiś facet mierzył okna z dwa tygodnie temu.
— Okna?
— Tak. Michał mówił, że będą robić dodatkowy pokój.
Zamknęłam oczy.
— Aha.
— Coś się stało?
— Jeszcze nie wiem.
Po rozmowie znalazłam w teczce wizytówkę firmy remontowej.
Na odwrocie ktoś napisał:
„wejście z boku + mała łazienka”.
Marta nie planowała przyjazdu swojej matki na dwa dni.
Planowała jej przeprowadzkę.
I planowała ją w domu, którego jeszcze nie posiadała.
O dwudziestej drugiej zadzwonił Michał.
Nie odebrałam.
O dwudziestej drugiej trzydzieści zadzwonił jeszcze raz.
Tym razem przyjęłam połączenie.
— Gdzie jest Marta? — zapytałam.
— Z dziećmi.
— A Danuta?
— U nas.
„U nas”.
Zauważyłam to od razu.
— Jak długo ma zostać?
— Mamo…
— Zadałam proste pytanie.
Usłyszałam jego oddech.
— Miała się przeprowadzić.
Nie powiedziałam nic.
— Jej mieszkanie jest w trakcie sprzedaży — dodał.
— Od kiedy?
— Od miesiąca.
— A gdzie zamierzała mieszkać?
— U nas.
— W moim domu.
— Mamo, przestań.
— Nie. Od dzisiaj właśnie przestaję przestawać.
— Co to znaczy?
— To znaczy, że przez dwa lata, za każdym razem kiedy coś mi nie pasowało, mówiłam sobie: „Nie wtrącaj się, Halina. Dorośli ludzie. Ich życie”. Najwyraźniej wy w tym czasie mówiliście sobie: „Nie pytajmy Haliny. Dom i tak będzie nasz”.
— Nie było tak.
— Kiedy miałeś mi powiedzieć, że Danuta się wprowadza?
Cisza.
— Po podpisaniu darowizny?
— Marta uważała, że łatwiej będzie omówić wszystko razem.