— Tak. Podpisałam umowę przedwstępną.
— Dlaczego?
— Bo mam sześćdziesiąt siedem lat. Chcę być bliżej córki i wnuków.
— I zamieszkać w piwnicy mojego domu.
— To nie piwnica. Po remoncie będzie normalne mieszkanie.
Nie mogłam się powstrzymać.
— Remoncie finansowanym z kredytu zabezpieczonego na moim domu?
— Nie wiem, po co mówisz „moim” za każdym razem.
Oparłam czoło o dłoń.
— Danuta. Bo dom jest mój.
— Formalnie.
To jedno słowo wyjaśniło mi więcej niż cała rozmowa.
Formalnie.
Dla nich własność była szczegółem technicznym.
— Co zrobiłaś z pieniędzmi ze sprzedaży mieszkania? — zapytałam.
— Jeszcze ich nie dostałam.
— A co zamierzasz?
— To moja prywatna sprawa.
— Skoro chcesz mieszkać w mojej nieruchomości, przestaje być całkowicie prywatna.
— Pomogę Marcie.
— Ile?
— Nie wiem.
Wiedziała.
— Danuta, czy ty też wiedziałaś o poniedziałkowym akcie darowizny?
Nie odpowiedziała od razu.
Potem powiedziała:
— Wiedziałam, że mają uporządkować kwestie własnościowe.
— Czyli tak.
— Nie widzę w tym nic dziwnego. Michał jest twoim jedynym dzieckiem.
— Nie mamy o czym rozmawiać.
— Halina, pomyśl, jak to wygląda. Masz kilka nieruchomości, oszczędności, emeryturę. Sama mieszkasz w dużym mieszkaniu. Oni wychowują dzieci. Ty i tak nie zabierzesz tego ze sobą.
To zdanie przebiło nawet to, co powiedziała Marta.
— Masz rację — odpowiedziałam.
Danuta chyba nie spodziewała się takiej reakcji.
— No właśnie.
— Nie zabiorę.
Rozłączyłam się.
W niedzielę wieczorem porozmawiałam z wnukami przez telefon.
Nie powiedziałam im ani słowa o pieniądzach.
Antek opowiadał o torcie.
Zosia była cicha.
Na koniec zapytała:
— Babciu, jesteś zła na mnie?
Serce mi się ścisnęło.
— Nigdy.
— Mama powiedziała, że przez całą sytuację możemy stracić dom.
Zamknęłam oczy.
— Zosiu, sprawy dorosłych nie są twoją odpowiedzialnością.
— Ale stracimy?
— Nikt cię jutro nie wyrzuci z domu.
— Obiecujesz?
— Obiecuję.
Była to jedyna obietnica, jaką tego weekendu złożyłam bez wahania.
W poniedziałek o ósmej trzydzieści spotkałam się z Pawłem przed kancelarią.
Przeczytał dokumenty już wcześniej.
— Sama konstrukcja nie jest nadzwyczajna — powiedział. — Mogli poprosić kancelarię o przygotowanie projektu, twierdząc, że zamierzasz przekazać nieruchomość. Bez twojego podpisu nic się nie dzieje.
— Wiem.
— Problem zaczyna się przy tym, jak ci to przedstawili.
Podałam mu list Jerzego.
Przeczytał.
— Nie musisz tego nikomu pokazywać.
— Wiem.
— Co chcesz zrobić?
To było pierwsze pytanie od dwóch dni, na które znałam odpowiedź.
— Najpierw chcę wiedzieć wszystko.
Notariusz, pani Izabela, przyjęła nas kilka minut przed dziewiątą trzydzieści.
Była wyraźnie zakłopotana.
— Pani Halino, gdybym wiedziała, że nie miała pani świadomości przygotowania dokumentów…
— Kto przekazał pani moje dane?
— Syn. Mieliśmy dane z poprzedniej transakcji, ale oczywiście przed podpisaniem wszystko byłoby zweryfikowane.
— Czy mówił, że zgadzam się na darowiznę?
Pani Izabela zawahała się.
— Powiedział, że jest to rodzinna decyzja i że chcecie państwo oszczędzić czas, przygotowując projekt wcześniej.
— Czy omawiał hipotekę?
— Wspomniał, że prawdopodobnie nieruchomość będzie później zabezpieczeniem kredytu.
Michał wiedział więc wszystko.
Nie był mężem złapanym między matką a żoną.
Był uczestnikiem planu.
O dziewiątej trzydzieści pojawili się oboje.
Marta w jasnym płaszczu.
Michał niewyspany.
Kiedy zobaczyli Pawła, Marta zatrzymała się w drzwiach.
— Po co radca prawny?
— Żebyśmy wszyscy dobrze rozumieli sytuację.
Usiedliśmy.
Pani Izabela wyjęła projekt.
— Rozumiem, że pani Halina nie wyraziła wcześniej ostatecznej zgody na darowiznę — zaczęła.
Marta od razu weszła jej w słowo.
— Bo nie zdążyliśmy porozmawiać.
— Mieliście dwa lata — odpowiedziałam.
Michał spojrzał na stół.
— Mamo, możemy bez ataków?
— Oczywiście.
Odwróciłam się do niego.
— Opowiedz mi więc spokojnie, do czego potrzebujecie siedmiuset dwudziestu tysięcy.
Marta napięła szczękę.
Michał zaczął mówić.
Zadłużenie firmy.
Trzysta osiemdziesiąt sześć tysięcy.
Dwa leasingi — jeszcze sto dwadzieścia cztery tysiące.
Karta kredytowa.
Kredyt gotówkowy.
Prywatna pożyczka.
— Od kogo? — zapytałam.
Michał spojrzał na Martę.
Marta odpowiedziała:
— Od mamy.
— Ile?
— Sto tysięcy.
To wyjaśniało kolejną rzecz.
Danuta nie była bezinteresownym gościem.
Była wierzycielem.
— Czyli mamy już ponad sześćset tysięcy — podsumowałam.
— Kredyt dawałby nam oddech — powiedział Michał.
— I pieniądze na remont dla Danuty.
Marta pobladła.
— Grzebałaś w naszych dokumentach.
— Leżały w teczce dotyczącej mojej nieruchomości.
— To nie daje ci prawa…
Paweł spokojnie uniósł dłoń.
— Proponuję nie zmieniać tematu.
Michał oparł łokcie na kolanach.
— Mamo, posłuchaj. Rata byłaby do udźwignięcia. Dom jest wart ponad dwa miliony. Ryzyko jest niewielkie.
— Jeżeli ryzyko jest niewielkie, czemu bank nie chce zabezpieczenia na waszym majątku?
Cisza.
— Bo go nie macie — odpowiedziałam sama.
Marta spojrzała na mnie.
— Czyli co? Wolisz patrzeć, jak wszystko się rozpada?
— Nie.
Przesunęłam w ich stronę kartkę.
Przygotowałam ją z Pawłem rano.