CZĘŚĆ 1

— Pani Halino, walizkę można zostawić w garażu. W pokoju na górze śpi już moja mama.

Przez chwilę byłam pewna, że źle usłyszałam.

Stałam w przedpokoju domu, za który dwa lata wcześniej zapłaciłam milion osiemset sześćdziesiąt tysięcy złotych. W jednej ręce trzymałam torebkę, w drugiej niewielką walizkę. Za plecami miałam jeszcze bukiet dla Marty i pudełko z albumem, który zamówiłam specjalnie na dziesiątą rocznicę ich ślubu.

Marta poprawiła serwetki na komodzie.

— Mama zostaje do poniedziałku — dodała, jakby tłumaczyła coś oczywistego. — Nie będziemy przecież kazać jej spać na kanapie.

— A ja?

Spojrzała na mnie dopiero wtedy.

— Ty mieszkasz pół godziny stąd.

W salonie ktoś się roześmiał. Z ogrodu dochodził zapach grillowanych warzyw i mięsa. Na tarasie siedzieli już znajomi Michała i Marty, rodzice dzieci z klasy Zosi, sąsiedzi, kilka osób z rodziny. Przy drewnianej bramie stał wynajęty samochód cateringowy.

Za wszystko zapłaciłam ja.

Nie tylko za przyjęcie.

Za dom również.

Dwa lata wcześniej Michał zadzwonił do mnie o dwudziestej trzeciej. Powiedział, że mieszkanie, które wynajmowali w Gdańsku, jest za małe, dzieci dorastają, a bank nie chce dać im takiego kredytu, jakiego potrzebują. Po śmierci mojego męża sprzedałam aptekę, którą prowadziliśmy przez prawie trzydzieści lat.

Miałam oszczędności.

Michał był moim jedynym synem.

Kupiłam więc dom w Baninie. Na siebie.

Ustaliliśmy jasno: oni w nim mieszkają, pokrywają bieżące rachunki, odkładają pieniądze, a za kilka lat siadamy spokojnie i rozmawiamy o przyszłości.

Nigdy nie pobierałam od nich czynszu.

Mój pokój na piętrze był jedynym miejscem, które zostawiłam dla siebie. Niewielki, z jasną komodą, łóżkiem i fotografią Jerzego stojącą na parapecie. Nocowałam tam może pięć razy w roku.

Teraz drzwi były otwarte.

Zobaczyłam moją narzutę zwiniętą na krześle.

Na łóżku leżała różowa kosmetyczka Danuty.

— Marta — powiedziałam spokojnie. — Dlaczego nie zadzwoniłaś?

Westchnęła.

— Bo wiedziałam, że zrobisz problem.

W tej chwili z kuchni wyszedł Michał.

Zatrzymał się, gdy mnie zobaczył.

— Mamo. Jesteś.

— Podobno nie mam gdzie spać.

Od razu spojrzał na Martę.

I już to wystarczyło.

Nie był zaskoczony.

Wiedział.

— To tylko dwie noce — powiedział. — Danuta przyjechała z Olsztyna.

— A ja przyjechałam z Gdyni.

— No właśnie. Masz blisko.

Poczułam coś znacznie gorszego niż złość.

Zrozumienie.

— Czyli ustaliliście to wcześniej?

Michał zacisnął usta.

Marta odpowiedziała za niego.

— Halina, nie róbmy przedstawienia przy gościach. To jest nasza rocznica.

— W moim domu.

Jej twarz stężała.

— W domu, w którym my żyjemy. To chyba różnica.

Za jej plecami stała Danuta. Miała na sobie nową granatową sukienkę. Uśmiechnęła się do mnie z miną człowieka, który bardzo chce wyglądać na niewinnego.

— Ja mogę spać gdzie indziej — powiedziała.

Marta natychmiast zaprotestowała.

— Mamo, absolutnie nie.

Potem spojrzała na mnie.

— Halina ma własne mieszkanie. Nie widzę problemu.

Wtedy zauważyłam coś na komodzie.

Granatową teczkę.

Wystawał z niej biały dokument z charakterystycznym logo kancelarii notarialnej.

Rozpoznałam nazwisko.

Notariusz, u którego dwa lata wcześniej podpisywałam akt zakupu domu.

Sięgnęłam po teczkę.

Marta była szybsza.

Przykryła ją dłonią.

— To nasze papiery.

— Dotyczą domu?

— Sprawy finansowe.

— Dom jest moją sprawą finansową.

Michał wszedł między nas.

— Mamo, naprawdę nie dzisiaj.

Spojrzałam na niego.

— Co jest w teczce?

— Nic ważnego.

To zdanie zabrzmiało tak znajomo, że aż zrobiło mi się zimno.

Jerzy też mawiał: „Jeżeli ktoś mówi, że dokument jest nieważny, przeczytaj go dwa razy”.

Marta chwyciła teczkę i zaniosła ją do gabinetu.

Zamknęła drzwi.

Po chwili wróciła z uśmiechem.

— Chodźmy już do gości.

Nie poszłam.

Odwróciłam się w stronę schodów.

— Zabiorę kilka rzeczy.

— Po co? — zapytał Michał.

Nie odpowiedziałam.

W moim pokoju nie było już prawie niczego.

Z szuflady zniknęły moje dwa swetry.

Nie było szczoteczki, kapci ani ładowarki, którą zawsze tam zostawiałam.

Znalazłam wszystko w kartonowym pudle stojącym w garderobie.

Na pudle ktoś czarnym markerem napisał:

„HALINA”.

Jakbym już nie należała do tego domu nawet na tyle, żeby mieć własną szufladę.

Z dołu dobiegł głos Marty.

— Michał! Fotograf chce zrobić zdjęcie rodziny przed tortem!

Rodziny.

Usiadłam na brzegu łóżka.

Po chwili do pokoju weszła dziesięcioletnia Zosia.

— Babciu?

— Tak?

Dziewczynka zamknęła drzwi.

— Ty się wyprowadzasz?

Popatrzyłam na nią.

— Skąd taki pomysł?

Zmieszała się.

— Mama mówiła babci Danusi, że od poniedziałku wszystko będzie już załatwione.

Serce uderzyło mi mocniej.

— Co będzie załatwione?

— Nie wiem.

Zosia zaczęła skubać brzeg rękawa.

— Tylko mama powiedziała, że wtedy nikt już nie będzie mógł się wtrącać.

Na dole rozległy się brawa.

Marta wołała dzieci do zdjęcia.

Pocałowałam Zosię w czoło.

— Idź. Zaraz zejdę.

Gdy zostałam sama, wyjęłam telefon.

Najpierw zadzwoniłam do kancelarii.

Była sobota. Nie liczyłam, że ktoś odbierze.

Odebrała asystentka.

Przedstawiłam się.

Zapadła krótka cisza.

— Pani Wysocka?

— Tak.

— Pani spotkanie jest w poniedziałek o dziewiątej trzydzieści.

Ścisnęłam telefon mocniej.

— Jakie spotkanie?

Kolejna cisza trwała dłużej.