— Czego?

— On uważa, że to ja go zdradziłam.

Parsknęłam.

— To ciekawe.

Maja prawie się uśmiechnęła.

— Powiedział, że gdybym zachowała spokój i nie przekazała policji wiadomości od ojca, można byłoby „opanować sytuację”.

— Kiedy z nim rozmawiałaś?

— Wczoraj.

— Jest na wolności?

— Po przesłuchaniu go zwolnili. Ma zakaz kontaktowania się z częścią świadków i dozór. Tak powiedział jego adwokat.

Skinęłam głową.

Zarzuty dopiero się zaczynały.

Nie oczekiwałam scen z filmu, w których ktoś znika za kratami na zawsze pięć minut po przestępstwie.

Maja położyła torbę na podłodze.

— Jest coś, co pani powinna zobaczyć.

Wyjęła cienki notes.

— To Mateusza?

— Leżał w szufladzie biurka.

— Nie powinnaś mi tego dawać.

— Policja już ma zdjęcia.

Podała mi otwartą stronę.

Na górze było napisane:

„Plan po ślubie”.

Poniżej:

1. Podpis matki. 2. Walne zgromadzenie. 3. Zmiana zarządu. 4. Zabezpieczenie dla MK. 5. Sprzedaż działki 14/7. 6. Mieszkanie dla E. 7. Opieka / lekarz. 8. PR.

PR.

Public relations.

Byłam punktem w planie.

Problemem wizerunkowym.

— Na następnej stronie jest gorzej — powiedziała Maja.

Przewróciłam kartkę.

Kilka zdań.

„Mama będzie protestować najwyżej kilka tygodni. Jak zobaczy mieszkanie i 800 tys., odpuści.”

Niżej:

„Najważniejsze: nie dopuścić, żeby Radecki wmieszał się przed podpisem.”

Czytałam to dwa razy.

Mateusz znał mnie wystarczająco dobrze, żeby przewidzieć, że pójdę do Pawła.

Dlatego chciał mnie od niego odciąć.

— Jest jeszcze coś — powiedziała Maja.

— Ile razy ludzie mogą mi to powiedzieć w jednym tygodniu?

— Przepraszam.

— Nie ciebie mam na myśli.

Usiadłyśmy przy kuchennym stole.

Zaparzyłam herbatę.

Maja trzymała kubek obiema rękami.

— Ojciec chciał, żebyśmy po ślubie podpisali rozdzielność majątkową.

— To akurat rozsądne przy waszych majątkach.

— Tak myślałam.

— Ale?

— Ale projekt zawierał dodatkową umowę.

Wyjęła telefon.

— W razie wniesienia przez Mateusza udziałów w Wysocki Majątek do nowej spółki część udziałów w tej nowej spółce miała przypaść mnie.

Spojrzałam na nią.

— Wiedziałaś?

— Przeczytałam to dopiero w niedzielę.

— Kto przygotował dokument?

— Prawnik ojca.

To był kolejny element.

Roman nie zamierzał tylko pomóc Mateuszowi przejąć Borkowo.

Chciał natychmiast rozproszyć własność.

Im więcej spółek, udziałów i wzajemnych zobowiązań, tym trudniej byłoby mi odzyskać kontrolę.

— Twój ojciec planował to od początku — powiedziałam.

Maja patrzyła w herbatę.

— Chyba tak.

— A ty?

— Ja planowałam ślub.

W jej głosie nie było melodramatu.

Tylko zmęczenie.

— Kochałaś go?

— Tak.

To zabolało mnie niespodziewanie.

— Ja też.

Spojrzała na mnie.

— Jeszcze go pani kocha?

Pytanie było bezczelne.

A jednak szczere.

— Jest moim synem.

— To nie odpowiedź.

— Innej nie mam.

***

Trzy dni później Mateusz przyszedł pod szkołę.

Nie mógł kontaktować się ze mną bezpośrednio w sprawach związanych z postępowaniem, ale jego prawnik uzyskał zgodę na przekazanie mi prywatnych rzeczy przez osobę trzecią.

Mateusz zignorował ten szczegół.

Czekał przy samochodzie.

Kiedy go zobaczyłam, chciałam wrócić do budynku.

— Mamo.

Zatrzymałam się.

— Nie powinieneś tu być.

— Muszę z tobą porozmawiać.

— Rozmawiaj przez prawnika.

— Nie o sprawie.

— Wszystko jest teraz sprawą.

Podszedł bliżej.

Schudł przez kilka dni.

Miał podkrążone oczy.

Przez sekundę chciałam zapytać, czy je.

Nie zapytałam.

— Roman mnie wciągnął — powiedział.

Patrzyłam na niego.

— Jak?

— Zaczął od rozmów o inwestycjach.

— A potem kazał ci sfałszować mój podpis?

— Nie fałszowałem podpisu.

— Zostawiłeś dokument w mojej skrzynce.

— Bo miałem cię przekonać, żebyś podpisała właściwy egzemplarz.

— Właściwy?

— Ten w kopercie był wzorem.

— Z moim podpisem.

— Roman powiedział, że to skan.

— Czyj skan?

Mateusz zamilkł.

— Widzisz? — powiedziałam. — Nadal to robisz.

— Co?

— Mówisz tyle prawdy, ile akurat jest ci potrzebne.

— Próbuję ci wszystko wyjaśnić.

— Nie. Próbujesz znaleźć wersję, w której jesteś ofiarą.

Zacisnął pięści.

— Bo trochę nią jestem.

Zaśmiałam się krótko.

— Naprawdę?

— Myślisz, że Majewski wybrał mnie przypadkiem? Od początku chciał Borkowa.

— Wiem.

— Obiecywał mi wejście do zarządu funduszu. Kontakty. Finansowanie nowej firmy.

— I ty zgodziłeś się sprzedać matkę za miejsce przy jego stole?

— Nie tak to wyglądało.

— Jak wyglądało?

Po raz pierwszy podniósł głos.

— Całe życie wyglądałem jak ktoś, kto nie pasuje!

Zamilkłam.

— Do czego?

— Do niczego! Do liceum, gdzie wszyscy mieli lepsze ubrania. Na studiach inni jeździli na wakacje, a ja pracowałem. Potem poznawałem ludzi, którzy mieli firmy, mieszkania od rodziców, kapitał na start. A ty ciągle powtarzałaś, że trzeba być skromnym.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.

— Wstydziłeś się mnie?

Opuścił wzrok.

To wystarczyło.

— Odpowiedz.

— Czasami.

Nie wiem, czego się spodziewałam.

Może zaprzeczenia.

— Dlatego powiedziałeś Majewskim, że jestem za granicą?

— Maja pochodzi z innego świata.

— A ty chciałeś udawać, że też.

— Chciałem być traktowany poważnie.

— Przez kogo?

— Przez ludzi, którzy coś znaczą.

To zdanie przecięło resztkę litości.