Spojrzałam na niego.

— Jakiego lekarza?

— Doktora Sławomira Górskiego.

Nazwisko nic mi nie mówiło.

— Psychiatra?

— Neurolog.

Czułam, jak dłonie robią mi się zimne.

— Co pisał?

Paweł odpowiedział powoli:

— „Nie wystawię opinii o otępieniu bez badania pacjentki. Proszę więcej do mnie w tej sprawie nie pisać.”

Nie ruszałam się.

A więc to nie był tylko plan.

Mateusz już próbował znaleźć lekarza.

— Są wcześniejsze wiadomości?

— Policja to sprawdzi.

— Paweł…

— Tak?

— Jak długo to trwało?

Nie odpowiedział.

I wtedy zrozumiałam coś najgorszego.

Nagranie było sprzed trzech tygodni.

Fałszywa umowa z dziś.

Ale wiadomości do lekarza mogły być starsze.

Plan nie powstał tuż przed ślubem.

Mógł trwać miesiącami.

Wstałam.

— Chcę wiedzieć wszystko.

— Policja…

— Nie mówię tylko o policji. Chcę pełnego audytu. Konta, dostęp do spółki, pełnomocnictwa, umowy, logowania, korespondencję służbową. Wszystko, do czego legalnie mamy dostęp.

Paweł patrzył na mnie przez chwilę.

— Dobrze.

— Jeżeli Mateusz zrobił cokolwiek jeszcze, chcę wiedzieć.

— Nawet jeśli zaboli?

Spojrzałam na zdjęcie.

— Już boli.

***

W poniedziałek rano wróciłam do pracy.

Nie do pałacu.

Do szkoły.

Dyrektorka stała przy wejściu do kuchni i patrzyła na mnie tak, jakby zobaczyła ducha.

— Ela?

— Dzień dobry.

— Co ty tu robisz?

— Jest poniedziałek.

— Wiem, jaki jest dzień.

W kuchni panowała nienaturalna cisza.

Halina, z którą pracowałam od trzynastu lat, mieszała zupę, ale nie patrzyła do garnka.

— Dobra — powiedziałam. — Która z was czytała internet?

Wszystkie podniosły ręce.

Zaśmiałam się.

Halina podeszła i objęła mnie tak mocno, że prawie straciłam oddech.

— Wariatko.

— Za co?

— Za to, że nic nie powiedziałaś.

— O czym?

— Że masz pałac.

— Nie mam pałacu w torebce.

— W telewizji mówią, że jesteś multimilionerką.

— Telewizja mówi różne rzeczy.

— Masz czy nie?

Zdjęłam fartuch z wieszaka.

— Mam udziały w spółce posiadającej obiekt.

Halina wywróciła oczami.

— Wiedziałam. Jak ktoś ma pieniądze, od razu zaczyna mówić „udziały w spółce”.

Roześmiałam się.

I pierwszy raz od soboty poczułam się zwyczajnie.

Tego potrzebowałam.

Obierałam ziemniaki.

Sprawdzałam dostawę.

Kłóciłam się z dostawcą, bo przywiózł za mało marchewki.

O jedenastej zadzwonił Paweł.

Wyszłam na zaplecze.

— Mamy pierwsze wyniki.

— Mów.

— Mateusz od pięciu miesięcy pobierał pliki z firmowego archiwum.

— Jakie?

— Umowy spółki. Wyceny. Dokumentację gruntów. Polisy. Dokumentację remontów.

— Miał do tego dostęp?

— Do części tak. Do części nie.

— Jak się dostał?

— Użył twojego starego hasła do skrzynki.

Zamknęłam oczy.

— Skąd je znał?

— To było imię Andrzeja i rok ślubu.

Poczułam złość na samą siebie.

— Idiotka.

— Elżbieta.

— Idiotka.

— Zmieniliśmy hasła.

— Co jeszcze?

Paweł westchnął.

— W lipcu złożył w twoim imieniu zapytanie do dwóch pośredników o sprzedaż części gruntów.

— Jakich gruntów?

Podał numery działek.

Znałam je.

To właśnie te, które najbardziej zyskały na wartości.

— Za ile?

— Oferty były po około jedenaście milionów.

— Bez mojej zgody nic nie mogli zrobić.

— Właśnie dlatego potrzebował podpisu.

Usiadłam na skrzynce z warzywami.

— Pięć miesięcy.

— Na razie tyle potwierdzamy.

— A Roman?

— Kontakty zaczynają się mniej więcej w tym samym czasie.

— Czyli po zaręczynach.

— Niedługo po.

Wszystko układało się w przerażająco logiczną historię.

Najpierw Mateusz pochwalił się rodziną.

Potem Roman poprosił o szczegóły.

Potem pojawiła się wycena.

Potem plan.

— Jest coś jeszcze — powiedział Paweł.

— Oczywiście, że jest.

— Pamiętasz przelew osiemdziesiąt tysięcy złotych, który zrobiłaś Mateuszowi pół roku temu?

Pamiętałam.

Powiedział, że ma problem z podatkiem po zamknięciu poprzedniej działalności.

— Co z nim?

— Trzy dni później prawie cała kwota trafiła do kancelarii doradczej pracującej dla Romana.

Poczułam mdłości.

— Zapłaciłam za plan okradzenia mnie?

Paweł milczał.

To była odpowiedź.

Tego dnia nie wróciłam już do kuchni.

Powiedziałam dyrektorce, że źle się czuję.

Nie skłamałam.

W domu otworzyłam szufladę, w której trzymałam dokumenty Mateusza z dzieciństwa.

Świadectwa.

Dyplomy.

Pierwszy list z uczelni.

Kartkę na Dzień Matki, kiedy miał osiem lat.

„Mamo, jesteś najleprza, bo zawsze mnie ratujesz.”

Usiadłam na podłodze.

Wtedy te słowa wydawały mi się piękne.

Teraz brzmiały jak ostrzeżenie.

***

Maja zadzwoniła następnego dnia.

Nie odebrałam za pierwszym razem.

Ani za drugim.

Za trzecim pomyślałam, że może chodzić o coś ważnego.

— Słucham.

— Pani Elżbieto, to Maja.

— Wiem.

— Mogę przyjechać?

— Po co?

Cisza.

— Chcę pani coś oddać.

Godzinę później stała pod moim blokiem.

Bez makijażu, w dżinsach i granatowym płaszczu.

Wyglądała na dużo młodszą niż na weselu.

Przyniosła torbę.

— Co to?

— Rzeczy Mateusza z mojego mieszkania.

— Dlaczego mnie je przynosisz?

— Nie chcę ich u siebie.

— To daj jemu.

— Nie chce ze mną rozmawiać.

— To wasza sprawa.

Maja spojrzała mi w oczy.

— Nie jesteśmy razem.

Nie zaskoczyło mnie to.

— Rozumiem.

— Chyba jednak pani nie rozumie.