Najgorsze było to, że ja wciąż patrzyłam na Mateusza i widziałam chłopca, któremu kiedyś wiązałam sznurówki.

Człowieka można skrzywdzić jednym zdaniem.

Ale wspomnienia nie znikają razem z nim.

Wciąż pamiętałam Mateusza mającego sześć lat, siedzącego pod drzwiami łazienki po śmierci Andrzeja i pytającego:

— Mamo, tata na pewno nie wróci?

Pamiętałam, jak pierwszego dnia szkoły nie chciał puścić mojej ręki.

Pamiętałam jego gorączkę przed maturą i to, że przez całą noc przykładałam mu chłodny ręcznik do czoła.

Dlatego gdy zobaczyłam jego twarz pod ślubnym łukiem, jakaś część mnie nadal chciała znaleźć wytłumaczenie.

Może Roman nim manipulował.

Może Mateusz powiedział na nagraniu coś, czego nie zamierzał zrobić.

Może istniał fragment historii, którego nie znałam.

Ta nadzieja trwała może trzy sekundy.

Potem jeden z policjantów poprosił:

— Pan Mateusz Wysocki?

— Tak.

— Proszę przejść z nami na bok.

— Na jakiej podstawie?

Mówił pewnym tonem, ale zauważyłam, że drżą mu palce.

Policjant pokazał legitymację, a następnie dokument.

— Prowadzimy czynności w sprawie podejrzenia podrobienia dokumentów i usiłowania doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości. Na tym etapie zostanie pan przewieziony na przesłuchanie.

Maja zachwiała się lekko.

Jej matka natychmiast złapała ją za rękę.

Roman za to zrobił krok do przodu.

— To jakaś groteska. Ten chłopak za godzinę ma zostać moim zięciem.

Policjant nawet nie podniósł głosu.

— Proszę się odsunąć.

— Wie pan, kim ja jestem?

— Tak.

Roman zamarł.

To jedno krótkie „tak” zabrzmiało gorzej niż groźba.

Mecenas Radecki stanął obok mnie.

Paweł znał mnie od lat. Był synem przyjaciela Andrzeja i jednym z niewielu ludzi, którzy wiedzieli, jak naprawdę wyglądała sytuacja z pałacem w Borkowie.

Mateusz nigdy się tym nie interesował.

Dopóki nie usłyszał, ile nieruchomość jest dziś warta.

Pałac nie był żadnym królewskim zamkiem.

Był dużym, klasycystycznym majątkiem z końca XIX wieku, położonym około godziny drogi od Warszawy. Rodzina Andrzeja odzyskała go w latach dziewięćdziesiątych, lecz budynek był wtedy niemal ruiną.

Dach przeciekał.

Park zarósł.

Jedno skrzydło nie nadawało się do użytkowania.

Kiedy Andrzej zginął, dostałam nie fortunę, lecz udziały w spółce posiadającej obiekt, miliony złotych zobowiązań remontowych i testament, w którym mąż prosił mnie tylko o jedno:

„Nie pozwól sprzedać Borkowa za bezcen.”

Przez pierwszych piętnaście lat wartość pałacu istniała głównie na papierze.

Nie mogłam wyjąć cegły ze ściany i zapłacić nią za studia syna.

Spółka zarabiała niewiele, większość pieniędzy pochłaniały zabezpieczenia budynku, podatki, konserwacja i kolejne etapy remontu.

Dlatego pracowałam.

Dlatego sprzątałam biura.

Dlatego sprzedałam pierścionek.

Nigdy nie chciałam, żeby Mateusz dorastał z przekonaniem, że nazwisko daje mu prawo do łatwego życia.

Po latach sytuacja zaczęła się zmieniać.

Otworzyliśmy hotel.

Potem restaurację.

Pojawiły się wesela, konferencje i sesje reklamowe.

Kilka hektarów ziemi leżących daleko od zabytkowego parku zostało objętych nowym planem miejscowym. Ich wartość wzrosła kilkukrotnie.

Spółka po raz pierwszy zaczęła przynosić naprawdę poważne pieniądze.

Mateusz wiedział tylko tyle, że „rodzina ma jakiś stary pałac”.

Aż poznał Majewskich.

Roman Majewski dorobił się na finansowaniu firm.

Jego spółka, Majewski Kapitał, udzielała kredytów pomostowych przedsiębiorcom, kupowała wierzytelności, finansowała nieruchomości i przez lata rosła jak na drożdżach.

W gazetach biznesowych nazywano Romana człowiekiem, który „widzi okazje tam, gdzie inni widzą ryzyko”.

Dopiero później zrozumiałam, że coraz częściej widział już tylko ryzyko.

I desperacko szukał kogoś, kto za nie zapłaci.

Maja podeszła do mnie.

— Pani Elżbieto…

Mateusz natychmiast odwrócił głowę.

— Maja, nic nie mów.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Ty mi teraz będziesz mówił, co mam robić?

— Wszystko ci wyjaśnię.

— Tak jak wyjaśniłeś, że twoja matka dobrowolnie przekazuje ci majątek?

Mateusz zacisnął usta.

Maja wskazała ekran.

— Słyszałam, jak mówisz o ubezwłasnowolnieniu.

— To było wyrwane z kontekstu.

Roman natychmiast podchwycił:

— Oczywiście, że było. Zwykła rozmowa o zabezpieczeniu przyszłości rodziny.

Spojrzałam na niego.

— Pan naprawdę chce przy tylu świadkach nazywać próbę podrobienia mojego podpisu zabezpieczaniem rodziny?

Zamilkł.

Krystyna Majewska, która do tej pory stała przy córce, nagle powiedziała:

— Roman, skończ.

Jej mąż spojrzał na nią tak, jakby go uderzyła.

— Co?

— Powiedziałam: skończ.

Po raz pierwszy smutek na twarzy Mai ustąpił czemuś innemu.

Podejrzliwości.

— Mamo, co ty wiesz?

Krystyna pobladła.

I wtedy zrozumiałam, że triumfalny uśmiech, który widziałam wcześniej, mógł znaczyć coś zupełnie innego, niż sądziłam.

Paweł szepnął:

— Elżbieta, policja chce, żebyśmy przeszli do gabinetu.

— Za chwilę.

Chciałam najpierw usłyszeć odpowiedź Krystyny.

Ale Roman wszedł pomiędzy żonę i córkę.

— Nie będziemy urządzać rodzinnego sądu przed dwustu ludźmi.

— Rodzinnego? — Maja roześmiała się nerwowo. — Właśnie dowiedziałam się, że mój narzeczony próbował przejąć majątek własnej matki, a ty siedzisz z nim na nagraniu.

— Maja…

— I mówiłeś mi, że wszystko jest załatwione.

Zrobiło się jeszcze ciszej.

Spojrzałam na nią uważnie.

— Wiedziałaś o przejęciu pałacu?

Maja otworzyła usta.

Mateusz zrobił krok w jej stronę.

Policjant go zatrzymał.

— Proszę zostać na miejscu.

Maja patrzyła już tylko na mnie.