CZĘŚĆ 1

— Mówiłem ci, żebyś tu nie przychodziła — syknął Mateusz, nie poruszając prawie ustami. — Robisz mi wstyd przed wszystkimi.

Nie musiał mówić głośniej.

Przy wejściu do sali balowej stało wystarczająco dużo osób, żeby jego słowa rozeszły się dalej niż muzyka kwartetu smyczkowego.

Kilka głów odwróciło się w naszą stronę. Potem kolejne.

Mój syn stał pod łukiem z białych róż, w garniturze szytym na miarę, który kosztował więcej niż zarobiłam przez pierwszy rok pracy w szkolnej stołówce.

Ja miałam na sobie stary, szary płaszcz. Mankiet był trochę przetarty, a czarne półbuty wciąż lśniły od deszczu.

Przyjechałam prosto z cmentarza.

Jak co roku tego dnia zaniosłam Andrzejowi świeże goździki. Tyle że tym razem powiedziałam przy jego grobie:

— Nasz chłopak się żeni. Szkoda, że tego nie widzisz.

W kieszeni płaszcza miałam małe granatowe pudełeczko.

Srebrne spinki Andrzeja.

Te same, które założył w dniu naszego ślubu.

Przez całą drogę do Borkowa wyobrażałam sobie, że Mateusz uśmiechnie się, gdy je zobaczy.

Zamiast tego patrzył na moje buty.

— Rodzice Mai są przekonani, że wyjechałaś na weekend do sanatorium — powiedział.

Spojrzałam na niego.

— Powiedziałeś im, że mnie nie będzie?

— Powiedziałem to, co było potrzebne.

— Do czego?

Zacisnął szczękę.

— Do ochrony naszej pozycji.

Naszej.

Prawie się roześmiałam.

Maja stała kilka kroków dalej w sukni z długim trenem. Była blada i piękna, ale nie odezwała się ani słowem.

Za to jej matka, Krystyna Majewska, zasłoniła usta dłonią w koronkowej rękawiczce.

Nie z przerażenia.

Widziałam ten błysk w jej oczach.

Satysfakcję.

Jakby właśnie potwierdziło się coś, czego od dawna się spodziewała.

Mateusz wskazał ciężkie dębowe drzwi.

— Wyjdź, zanim zobaczą cię fotografowie.

Poczułam coś, czego nie czułam nawet wtedy, gdy dwadzieścia dwa lata wcześniej policjant stanął w progu mojego mieszkania i powiedział, że samochód Andrzeja wpadł w poślizg na oblodzonej drodze.

Nie był to smutek.

Raczej nagła pustka.

Po śmierci jego ojca pracowałam na dwie zmiany. Najpierw stołówka, potem sprzątanie biur. Zdarzało się, że wracałam do domu po dwudziestej trzeciej.

Sprzedałam pierścionek z małym brylantem, żeby Mateusz mógł dokończyć studia.

Później wyciągnęłam prawie wszystkie oszczędności, kiedy jego pierwsza firma technologiczna została z długami.

Nigdy mu tego nie wypomniałam.

Teraz skinęłam głową.

— Dobrze.

Ulga na jego twarzy zabolała bardziej niż jego słowa.

Wyjęłam granatowe pudełeczko i położyłam je na marmurowym stoliku obok księgi gości.

Potem ruszyłam do wyjścia.

W sali zrobiło się cicho.

Byłam już przy drzwiach, kiedy telefon kierowniczki obiektu wydał krótki, ostry dźwięk.

Kobieta spojrzała na ekran.

Zbladła.

— Boże… — wyszeptała.

Mateusz odwrócił się zirytowany.

— Co znowu?

Kierowniczka przełknęła ślinę.

— Centrala właśnie cofnęła zgodę na organizację dzisiejszej uroczystości w tej części obiektu.

Mateusz parsknął śmiechem.

— Niemożliwe. Sam robiłem końcowy przelew.

— Tu nie chodzi o płatność.

Spojrzała najpierw na niego, potem na mnie.

— Zgodę cofnęła właścicielka spółki zarządzającej pałacem.

Mateusz zmarszczył brwi.

— Jaka właścicielka?

Kobieta odpowiedziała bardzo cicho:

— Pana matka.

CZĘŚĆ 2

Mateusz roześmiał się jeszcze raz, ale tym razem w jego głosie nie było już pewności.

— Moja matka?

Kierowniczka pokazała mu telefon.

— Elżbieta Wysocka. Siedemdziesiąt dwa procent udziałów w Wysocki Majątek spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Spółka jest właścicielem pałacu, parku i gruntów.

Maja odwróciła się gwałtownie.

— Mateusz, mówiłeś, że pałac przechodzi na ciebie.

— Bo przechodzi.

— Kiedy?

Nie odpowiedział.

Wtedy ogromny ekran za kwiatowym łukiem zamigotał.

Zniknęły zdjęcia narzeczonych.

Pojawiło się nagranie z sali konferencyjnej na piętrze.

Mateusz siedział przy stole obok Romana Majewskiego, ojca Mai.

Usłyszeliśmy głos mojego syna.

— Najpierw podpisze pełnomocnictwo. Potem składamy wniosek o jej częściowe ubezwłasnowolnienie. Jeżeli zacznie robić problemy, powiemy, że od miesięcy nie rozumie dokumentów.

Roman pochylił się nad stołem.

— A udziały?

— Przepiszemy wcześniej. Jak się zorientuje, będzie za późno.

Po sali przeszedł szmer.

Maja patrzyła na Mateusza, jakby widziała go pierwszy raz.

— Przysięgałeś mi, że twoja matka już zgodziła się na sprzedaż.

Mateusz nie zdążył odpowiedzieć.

Dębowe drzwi otworzyły się ponownie.

Do środka weszło dwóch policjantów z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą.

Za nimi szedł mój prawnik, mecenas Paweł Radecki.

A za Pawłem ja.

Nie miałam już na sobie mokrego płaszcza.

W ręku trzymałam dokument znaleziony tego ranka w skrzynce pocztowej.

Umowę przeniesienia moich udziałów.

Na dole widniał podpis:

Elżbieta Wysocka.

Był bardzo podobny do mojego.

Ale nie mój.

Mateusz pobladł.

— Mamo…

Podniosłam kartki.

— To też chcesz mi wyjaśnić?

I wtedy Roman Majewski zerwał się z miejsca.

— Niech pani niczego nie mówi przy policji! — krzyknął.

Spojrzałam na niego.

Po raz pierwszy tego dnia naprawdę się uśmiechnęłam.

Bo zrozumiałam, że wreszcie boi się właściwej osoby.

CZĘŚĆ 3

Przez kilka sekund nikt się nie poruszał.

Nawet muzycy, którzy jeszcze chwilę wcześniej dyskretnie pakowali smyczki, stali przy swoich krzesłach i patrzyli.

Najgorsze nie było jednak to, że prawie dwustu gości obserwowało rozpad ślubu mojego syna.