— Wiedziałam, że Mateusz miał odkupić udziały od pani.
— Odkupić?
— Tak mi powiedział.
— Za ile?
Zmarszczyła brwi.
— Nie wiem.
— Maja, za ile?
— Mówił, że to rodzinne rozliczenie. Że pani chce dostać mieszkanie w Warszawie i zapewnioną opiekę.
Poczułam zimno w karku.
To wyjaśniało więcej, niż Maja przypuszczała.
W projekcie dokumentu znalezionym rano widniała cena.
Osiemset tysięcy złotych.
Za pakiet udziałów dający kontrolę nad nieruchomościami wartymi dziesiątki milionów.
Do umowy dołączono nawet projekt pełnomocnictwa do zakupu mieszkania.
Niewielkiego.
Na obrzeżach Warszawy.
Dokładnie takiego, jakie można potem przedstawić jako „zabezpieczenie matki”.
Wyjęłam telefon.
— Paweł, pokaż jej wycenę.
Mecenas otworzył dokument.
Maja przeczytała pierwszą stronę.
Potem drugą.
— Pięćdziesiąt osiem milionów?
— Tyle wynosi ostrożna wycena całego kompleksu i gruntów — odpowiedział Paweł. — Pakiet pani Elżbiety jest wart znaczącą część tej kwoty.
Maja powoli odwróciła się w stronę Mateusza.
— Powiedziałeś mi, że pałac jest obciążony i ledwo wychodzi na zero.
— Bo tak było.
— Kiedy?
Nie odpowiedział.
— Kiedy, Mateusz?
— Kilka lat temu.
— A teraz?
— To nie ma znaczenia.
— Dla ciebie chyba miało.
Roman nagle odezwał się ostrzej:
— Dosyć. Maja, idziesz ze mną.
— Nie.
Jedno słowo.
Pierwszy raz tego dnia zobaczyłam, że Roman nie wie, co zrobić.
Maja była jego jedyną córką. Oczkiem w głowie. Na zdjęciach wyglądali jak idealna rodzina: wakacje we Włoszech, koncerty, gale charytatywne.
Ale sposób, w jaki powiedział „idziesz ze mną”, nie brzmiał jak prośba ojca.
Brzmiał jak polecenie prezesa.
— Powiedziałam, że nie — powtórzyła.
Krystyna chwyciła ją za rękę.
Roman spojrzał na żonę.
— Ty też?
— Zwłaszcza ja.
W jego twarzy coś się zmieniło.
Nie był już oburzonym ojcem panny młodej.
Był człowiekiem, który właśnie zobaczył, że traci kontrolę nad sytuacją.
Paweł nachylił się do mnie.
— Teraz.
Skinęłam głową.
Razem z policjantami przeszliśmy do gabinetu przy bibliotece.
Mateusz szedł za nami.
Przed drzwiami obejrzał się jeszcze raz na salę.
Goście milczeli.
Nie było ślubu.
Nie było toastów.
Nie było orkiestry.
Było tylko dwieście osób, które właśnie zobaczyły prawdę o człowieku budującym przez ostatnie dwa lata wizerunek młodego milionera.
W gabinecie policjant poprosił mnie o przekazanie dokumentu znalezionego rano.
Położyłam go na biurku w przezroczystej koszulce.
— Dotykała pani?
— Tylko koperty. Kartki wyjęłam w rękawiczkach.
Mateusz spojrzał na mnie zaskoczony.
— W rękawiczkach?
— Od chwili, kiedy zobaczyłam podpis, wiedziałam, że coś jest nie tak.
— Mamo, to nie jest…
— Nie mów do mnie „mamo”, jakbyśmy rozmawiali w kuchni.
Zamilkł.
Paweł otworzył swój notes.
Policjant zapytał:
— Kiedy dokładnie dostała pani przesyłkę?
— Dzisiaj około siódmej rano.
— Pocztą?
— Włożona ręcznie do skrzynki. Bez znaczka.
Mateusz spuścił wzrok.
To wystarczyło, żebym poczuła nowy skurcz w żołądku.
— Ty ją przyniosłeś?
— Nie.
Odpowiedział zbyt szybko.
— Mateusz.
— Powiedziałem, że nie.
Policjant zanotował coś.
Paweł wyjął tablet.
— Mamy nagranie z kamery przy bramie domu pani Elżbiety.
Mateusz znów spojrzał na mnie.
Tym razem naprawdę się przestraszył.
— Jakiej kamery?
— Tej, którą kazałeś wyłączyć w lipcu — powiedziałam.
Zapadła cisza.
W lipcu Mateusz oznajmił mi, że stary monitoring jest bez sensu.
„Mamo, przecież tam nikt nawet nie patrzy. Płacisz tylko za serwis.”
Nie powiedziałam mu, że system wymieniono miesiąc później.
Po dwóch dziwnych włamaniach do biura spółki Paweł nalegał, żeby nowe kamery przesyłały kopie nagrań poza budynek.
— Na materiale widać samochód należący do spółki Majewski Kapitał — powiedział Paweł. — O szóstej czterdzieści osiem ktoś podchodzi do skrzynki.
— Kto? — zapytał policjant.
Paweł przesunął palcem po ekranie.
— Pan Wysocki.
Mateusz zamknął oczy.
Nie krzyczałam.
To chyba bolało go bardziej.
Usiadłam na krześle.
— Przyjechałeś do mnie rano?
— Chciałem tylko…
Urwał.
— Co?
— Zostawić dokumenty.
— Z moim podpisem.
— Nie wiedziałem, że jest tam podpis.
Policjant uniósł głowę.
— Kto przygotował dokument?
Mateusz milczał.
— Panie Mateuszu?
— Chcę adwokata.
— Oczywiście.
I wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że mój syn nie zamierza powiedzieć mi prawdy.
Nie dlatego, że nie może.
Dlatego, że nadal kalkuluje.
Policjanci wyprowadzili go bocznym wyjściem.
Nie w kajdankach.
Nie było potrzeby.
Szedł między nimi blady, z marynarką rozpiętą pod szyją.
W drzwiach zatrzymał się.
— Mamo.
Nie odpowiedziałam.
— Te spinki…
Spojrzałam na niego.
Granatowe pudełeczko nadal leżało na marmurowym stoliku w sali.
— Co z nimi?
— Tata chciałby, żebym je miał.
To było pierwsze zdanie tego dnia, które naprawdę mnie rozgniewało.
Wstałam.
— Nie używaj ojca, żeby dostać ode mnie cokolwiek.
Zamarł.
— Gdyby Andrzej tu był, nie pytałby o spinki. Zapytałby cię, co zrobiłeś z człowiekiem, którego razem wychowywaliśmy.
Policjant położył mu rękę na ramieniu.
Mateusz odszedł.
Kiedy wróciłam do sali, część gości już wychodziła.
Inni stali w małych grupkach.
Telefony pracowały bez przerwy.
Wiedziałam, że do wieczora pół Warszawy usłyszy o niedoszłym ślubie Majewskich i Wysockich.
Nie obchodziło mnie to.