„Przepraszam, że powiedziałem Mai, że mieszkasz za granicą, bo nie chciałem, żeby jej rodzice spotkali cię przed ślubem.”
Przy tym zdaniu musiałam przerwać.
Dalej było:
„Najgorsze jest to, że przez długi czas uważałem te rzeczy za drobne kłamstwa w słusznej sprawie. Chciałem wejść do świata Romana tak bardzo, że każdą kolejną granicę przesuwałem o kilka centymetrów. Nigdy nie powiedziałem sobie: okradnę matkę. Mówiłem sobie: to i tak kiedyś będzie moje. I chyba właśnie to pozwoliło mi zrobić rzeczy, których normalnie bym nie zrobił.”
Na końcu napisał:
„Nie proszę cię teraz o wybaczenie. Chciałem tylko pierwszy raz napisać coś bez próby uzyskania czegoś w zamian.”
Przeczytałam list dwa razy.
Potem schowałam go do szuflady.
Nie zadzwoniłam.
Ale też go nie wyrzuciłam.
Wieczorem pojechałam do Borkowa.
Pałac był zamknięty dla gości.
W kilku oknach świeciły lampki.
Tomasz zostawił klucz pod ochroną, bo wiedział, że przyjadę.
Weszłam do sali balowej.
Tam, gdzie trzy miesiące wcześniej stał ślubny łuk, była teraz ogromna choinka.
Podeszłam do marmurowego stolika.
Tego samego, na którym zostawiłam spinki Andrzeja.
Miałam je w torebce.
Otworzyłam pudełeczko.
Srebro lekko pociemniało.
Pomyślałam, że powinnam je wyczyścić.
Potem usłyszałam kroki.
Odwróciłam się.
To była Maja.
— Przepraszam. Tomasz powiedział, że mogę wejść.
— Co tu robisz?
Podniosła teczkę.
— Przywiozłam projekt.
— Jaki projekt?
Maja od kilku tygodni pracowała z zespołem architektów nad renowacją dawnej oficyny.
Sama zaproponowała, że firma, w której pracuje, może wystartować w konkursie na koncepcję.
Zgodziłam się tylko pod jednym warunkiem.
Bez taryfy ulgowej.
Wygrali.
— Chciałam zostawić materiały po świętach, ale pomyślałam, że skoro jadę do mamy…
— Jak ona się trzyma?
— Różnie.
Krystyna mieszkała teraz pod Warszawą, u swojej siostry.
Złożyła zeznania.
Roman nie wybaczył jej tego.
— A twój ojciec?
Maja wzruszyła ramionami.
— Dzwoni. Czasem odbieram.
— Rozumiem.
Zauważyła pudełeczko.
— To te spinki?
— Tak.
— Mateusz mówił mi kiedyś o nich.
Spojrzałam na nią.
— Co mówił?
— Że ojciec miał je na ślubie i że kiedyś sam chce je założyć.
Poczułam ścisk w gardle.
— Nie wiedziałam.
— Chyba dlatego tak zareagował, kiedy pani je zostawiła.
— Nie usprawiedliwia go to.
— Nie próbuję.
Maja podeszła do choinki.
— Wie pani, czego najbardziej żałuję?
— Czego?
— Że gdy powiedział pani, żeby pani wyszła, nic nie zrobiłam.
Patrzyłam na nią.
— Byłam w szoku. Wiedziałam, że kłamał rodzicom o pani wyjeździe, ale wmówiłam sobie, że to jakiś konflikt rodzinny, w który nie powinnam się mieszać.
— To nie była twoja odpowiedzialność.
— Ale mogłam powiedzieć jedno zdanie.
— Jakie?
Maja spojrzała na mnie.
— „Proszę zostać.”
Uśmiechnęłam się smutno.
— Teraz już wiesz.
— Co?
— Że czasem jedno zdanie trzeba powiedzieć od razu. Później kosztuje dużo więcej.
Stałyśmy chwilę w ciszy.
Potem zamknęłam pudełeczko ze spinkami.
Nie byłam jeszcze gotowa ich oddać.
***
W styczniu rada wspólników Wysocki Majątek zebrała się w pełnym składzie.
Po raz pierwszy od lat.
Jednym z punktów obrad była przyszłość moich udziałów.
Paweł uważał, że po tym wszystkim powinnam jeszcze lepiej zabezpieczyć strukturę właścicielską.
— Testament to za mało — powiedział. — Potrzebujemy jasnych zasad.
— Żeby Mateusz nigdy nie dostał spółki?
— Tego nie powiedziałem.
— Ale pomyślałeś.
— Pomyślałem, że nie możemy uzależniać przyszłości firmy od tego, czy wybaczysz synowi.
Miał rację.
Przez większość życia mieszałam rodzinę z majątkiem.
Andrzej zrobił podobnie.
„Kiedyś Mateusz będzie gospodarzem.”
Piękne zdanie.
Ale firma zatrudniała osiemdziesiąt osób.
Nie była zabawką do przekazywania dziecku tylko dlatego, że nosiło odpowiednie nazwisko.
Postanowiłam utworzyć fundację rodzinną.
Nie po to, żeby schować pieniądze.
Po to, żeby oddzielić własność od kaprysu kolejnego pokolenia.
Statut powstawał przez kilka miesięcy.
Zapisałam w nim, że Borkowo nie może zostać sprzedane bez zgody rady fundacji.
Że część zysków ma finansować utrzymanie zabytku.
Że część będzie przeznaczana na stypendia dla dzieci pracowników.
Że beneficjentem może zostać Mateusz.
Ale nie automatycznie członkiem organów zarządzających.
To rozróżnienie było najważniejsze.
Rodzina może dać człowiekowi bezpieczeństwo.
Nie musi dawać mu władzy.
Kiedy Paweł przeczytał projekt, powiedział:
— Andrzej byłby zadowolony.
— Andrzej uważał, że fundacja to miejsce, gdzie kupuje się kalendarze na cele dobroczynne.
— Czasy się zmieniły.
— Na szczęście.
***
W marcu prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia w części sprawy dotyczącej dokumentów.
Roman był jednym z oskarżonych.
Mateusz również.
Nie uniknął odpowiedzialności dzięki współpracy.
Mógł liczyć jedynie na to, że zostanie ona uwzględniona przy dalszym postępowaniu.
Kiedy usłyszałam tę wiadomość, stałam przy ladzie w szkolnej kuchni.
Halina kroiła chleb.
— I co teraz? — zapytała.
— Teraz sąd.
— Będziesz zeznawać?
— Jeśli mnie wezwą.
— Przeciwko własnemu synowi?
Spojrzałam na nią.
Halina natychmiast się zmieszała.
— Przepraszam. Głupio powiedziałam.
— Nie przeciwko synowi.
Powtórzyłam zdanie Krystyny.
— O tym, co zrobił.
Halina kiwnęła głową.
— To co innego.
— Bardzo.
Kilka tygodni później dostałam wezwanie.
Sala sądowa była dużo mniej efektowna niż ludzie sobie wyobrażają.