Maja wpatrywała się w matkę.

— Tata chciał użyć mojego ślubu jako transakcji?

Krystyna nie odpowiedziała.

Nie musiała.

Telefon Pawła zadzwonił.

Odebrał.

Słuchał przez kilkanaście sekund.

— Rozumiem. Dziękuję.

Rozłączył się.

— Policja zatrzymała samochód Romana przy bramie.

Krystyna drgnęła.

— Uciekał?

— Twierdzi, że jechał do kancelarii.

— Z czyjego samochodu?

— Swojego.

Paweł spojrzał na mnie.

— W bagażniku znaleźli niszczarkę do dokumentów.

Maja zakryła twarz.

Nikt nie powiedział nic przez dłuższą chwilę.

Potem zapytałam:

— Przenośną niszczarkę?

— I dwa kartony segregatorów.

Krystyna wyszeptała:

— Boże.

Paweł pokręcił głową.

— Dzisiaj nie jest jego najlepszy dzień.

Nie miałam ochoty żartować.

— A ten drugi temat?

Paweł spojrzał na mnie.

Wiedział, o co pytam.

O ruch, który wykonaliśmy o świcie.

— Zamknięte.

— Na pewno?

— Podpisy złożone. Płatność wyszła. Fundusz potwierdził cesję.

Maja spojrzała na nas.

— Jaką cesję?

Paweł czekał na moją zgodę.

Skinęłam głową.

— Pani Elżbieta kontroluje od dzisiejszego ranka podmiot, który odkupił pakiet wymagalnych wierzytelności wobec Majewski Kapitał.

Maja wyglądała, jakby nie zrozumiała.

Krystyna zrozumiała od razu.

— Ile?

— Nie mogę podać wszystkich szczegółów.

— Paweł — powiedziałam. — Ile nominalnie?

— Dwadzieścia sześć milionów złotych.

Maja usiadła.

— Co?

Wyjaśniłam.

Kiedy dostaliśmy anonimowe dokumenty, Paweł zaczął sprawdzać wierzycieli Romana.

Kilka jego kredytów i pożyczek zostało sprzedanych funduszowi restrukturyzacyjnemu, który chciał szybko wyjść z ekspozycji.

Fundusz nie wiedział o planie dotyczącym Borkowa.

Wiedział tylko, że Majewski Kapitał ma kłopoty.

Negocjacje rozpoczęliśmy dziesięć dni wcześniej.

Nie po to, żeby zniszczyć Romana.

Chciałam mieć możliwość zatrzymania każdej próby wykorzystania majątku mojej rodziny jako zabezpieczenia jego długów.

W nocy z piątku na sobotę ustalono cenę.

O szóstej trzydzieści rano Paweł zadzwonił.

— Mamy ich.

Nie odpowiedziałam wtedy: „świetnie”.

Powiedziałam:

— Zróbcie to.

O siódmej pojechałam na cmentarz.

O ósmej znalazłam fałszywy dokument.

A o jedenastej mój syn kazał mi wyjść z własnego pałacu.

Krystyna patrzyła na mnie długo.

— Roman nie wie?

— Teraz już pewnie wie.

Jakby na potwierdzenie telefon Mai zaczął wibrować.

Ojciec.

Odrzuciła połączenie.

Po sekundzie znów zadzwonił.

Odrzuciła.

Za trzecim razem włączyła tryb samolotowy.

— Nie mogę z nim rozmawiać.

Krystyna ścisnęła torebkę.

— Ja mogę.

— Mamo, nie.

— Przez trzydzieści jeden lat pozwalałam mu kończyć każde zdanie za mnie. Wystarczy.

Spojrzała na mnie.

— Mogę skorzystać z jakiegoś pokoju?

— Oczywiście.

— Chcę złożyć zeznania.

Maja patrzyła na nią zaskoczona.

— Przeciwko tacie?

Krystyna przez chwilę wyglądała, jakby miała się rozpłakać.

Ale nie rozpłakała się.

— Nie przeciwko niemu. O tym, co zrobił.

To zdanie zapamiętałam na długo.

Prawda nie zawsze jest przeciwko komuś.

Czasem po prostu przestajesz przed nią uciekać.

***

O siedemnastej sala balowa była prawie pusta.

Kelnerzy zdejmowali nakrycia.

Kwiaty wciąż pachniały tak samo.

Na stołach stało dwieście kompletów porcelany, której nikt nie użył.

Ciasto weselne czekało w chłodni.

Kuchnia przygotowała jedzenie dla prawie dwustu osób.

— Nie wyrzucajcie niczego — powiedziałam do Tomasza.

— Jasne.

— Zadzwońcie do noclegowni, jadłodzielni, domu samotnej matki. Co mogą odebrać zgodnie z zasadami, niech odbierają.

— Zrobimy.

— A tort?

Tomasz spojrzał na mnie.

— Tego nie wiem.

Po raz pierwszy od rana zaśmiałam się naprawdę.

— Dajcie pracownikom.

Poszłam do apartamentu, w którym miał nocować Mateusz.

Na łóżku leżała torba podróżna.

Na komodzie stało nasze stare zdjęcie.

Ja, Andrzej i sześcioletni Mateusz nad morzem.

Nie wiedziałam, skąd je miał.

Wzięłam fotografię.

Na odwrocie widniał napis moim pismem:

„Łeba, sierpień 1998. Pierwszy raz Mateusza nad morzem.”

Usiadłam na brzegu łóżka.

I dopiero wtedy płakałam.

Nie na sali.

Nie przy policji.

Nie przy Mai.

Tutaj.

Sama.

Bo można wygrać bitwę o majątek i jednocześnie mieć poczucie, że przegrało się coś znacznie ważniejszego.

Zastanawiałam się, kiedy go straciłam.

Na studiach?

Przy pierwszej firmie?

Kiedy zaczął zarabiać duże pieniądze?

Kiedy poznał Majewskich?

A może wcześniej?

Może po prostu zbyt długo ratowałam go przed konsekwencjami.

Kiedy nie zdał egzaminu, organizowałam korepetycje.

Kiedy rozbił samochód, płaciłam naprawę.

Kiedy firma upadła, wypłaciłam oszczędności.

Zawsze miałam dobre wytłumaczenie.

„Jest młody.”

„Jeszcze się nauczy.”

„To ostatni raz.”

Miłość rodzica potrafi być niebezpieczna, jeśli zaczyna usuwać z drogi wszystkie kamienie.

Dziecko wtedy nie uczy się chodzić.

Uczy się, że ktoś zawsze posprząta.

Usłyszałam pukanie.

— Proszę.

Wszedł Paweł.

— Można?

Skinęłam głową.

Zauważył zdjęcie.

— Pamiętam ten wyjazd.

— Ty też tam byłeś?

— Dwa dni. Z ojcem.

Uśmiechnął się.

— Andrzej przez pół dnia próbował złożyć parawan plażowy.

— A na końcu wyrzucił instrukcję i powiedział, że jest źle napisana.

Paweł usiadł na fotelu.

— To do niego podobne.

Przez chwilę milczeliśmy.

— Co z Mateuszem?

— Składa wyjaśnienia.

— Przyznał się?

— Nie wiem.

— A Roman?

— Ma prawnika.

— Oczywiście.

Paweł pochylił się.

— Jest jeszcze coś.

Serce mi zamarło.

— Co?

— Policja zabezpieczyła telefon Mateusza za jego zgodą, zanim zmienił zdanie. Na podglądzie wyskoczyła wiadomość.

— Od kogo?

— Od lekarza.