Ale przestał reagować na każde „potrzebuję” przelewem pieniędzy.
Krystyna również zaczęła się zmieniać, choć znacznie wolniej.
Sprawa Doroty trafiła do prawnika, a później policji, ponieważ okazało się, że nie tylko Krystyna przekazała jej pieniądze na przedsięwzięcie, które właściwie nigdy nie powstało w deklarowanej formie.
Odzyskanie środków nie było pewne.
Krystyna musiała sprzedać część biżuterii.
Także naszyjnik, którego zaliczkę tak triumfalnie opłaciła z pierwszej wypłaty syna.
Sklep zgodził się ostatecznie rozwiązać umowę za potrąceniem części kwoty.
Kiedy Paweł dowiedział się, że straciła kilka tysięcy na anulowaniu zakupu, nie dopłacił jej różnicy.
Dawniej zrobiłby to natychmiast.
Pewnego niedzielnego popołudnia Krystyna przyjechała do domu.
Martyna nie była zachwycona, ale się zgodziła.
Teściowa przyniosła ciasto.
Zwykłe, kupione w osiedlowej cukierni.
Nie luksusowy tort.
Nie drogi prezent.
Usiadły przy stole.
Paweł zrobił kawę.
Przez pierwsze dziesięć minut rozmowa była niezręczna.
W końcu Krystyna odłożyła filiżankę.
— Chciałam coś powiedzieć.
Martyna czekała.
— Wiem, że mnie nie lubisz.
— To nie jest najważniejsze.
Krystyna uśmiechnęła się smutno.
— Właśnie. Zawsze myślałam, że najważniejsze jest to, żeby ludzie mnie lubili albo podziwiali.
Paweł spojrzał na matkę.
— Po śmierci waszego ojca — ciągnęła — nagle wszystko zrobiło się ciche. Nie miałam pracy. Nie miałam żadnego planu. Wszyscy znajomi mieli swoje życie. Dorota pojawiła się wtedy z pomysłem butiku. Mówiła, że mam gust, że znam ludzi, że mogę być kimś więcej niż wdową siedzącą w mieszkaniu.
Martyna słuchała.
— Pierwszy raz od dawna poczułam się potrzebna. Potem zaczęłam tracić pieniądze i nie potrafiłam przyznać, że popełniłam błąd. Im więcej traciłam, tym bardziej chciałam odzyskać wszystko jednym wielkim ruchem.
— To wyjaśnia inwestycję — powiedziała Martyna. — Nie wyjaśnia sposobu, w jaki traktowałaś mnie.
Krystyna spuściła wzrok.
— Nie.
— Przez lata próbowałaś budować relację z Pawłem tak, jakby jego miłość do mnie odbierała coś tobie.
— Wiem.
— Wczoraj chciałaś wyrzucić mnie z własnego domu.
— Wiem.
— Nie chcę przeprosin, jeżeli mają oznaczać, że jutro wszystko wróci do starego układu.
Krystyna spojrzała na nią.
— Nie wiem, czy potrafię zmienić się tak szybko, jak byś chciała.
Martyna doceniła tę odpowiedź bardziej niż idealnie brzmiące zapewnienie.
— Ja też nie wiem.
— Ale postaram się nie wtrącać w wasze finanse.
Paweł niemal zakrztusił się kawą.
Krystyna rzuciła mu spojrzenie.
— Nie śmiej się.
— Nie śmieję.
— I… — zwróciła się znowu do Martyny — przepraszam za to, co powiedziałam o żonach, które przychodzą i odchodzą.
Martyna milczała.
— To było okrutne.
— Było.
— I niesprawiedliwe.
— Tak.
Krystyna pokiwała głową.
Nie żądała przebaczenia.
To również było nowe.
Kilka tygodni później Martyna przypadkiem znalazła brakującą kopię pełnomocnictwa.
Nie u Krystyny.
Nie u Pawła.
W pudełku ze starymi dokumentami po ojcu.
Sama przełożyła ją tam wiele miesięcy wcześniej.
Usiadła na podłodze gabinetu i przez chwilę śmiała się z ulgą.
Później zaniosła dokument Pawłowi.
— Znalazłam.
Spojrzał.
— Czyli mama go nie wzięła.
— Nie.
— Powiesz jej?
— Tak.
Wieczorem zadzwoniła.
— Krystyna, chcę sprostować jedną rzecz. Kopia pełnomocnictwa się znalazła. Była w moich papierach. Niesłusznie podejrzewałam, że mogłaś ją zabrać.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Dziękuję, że mi mówisz.
— Chciałam być uczciwa.
— Doceniam.
Rozłączyły się.
Martyna przez chwilę trzymała telefon w dłoni.
Nie wszystko dało się podzielić na winnych i niewinnych.
Krystyna rzeczywiście przekroczyła wiele granic.
Paweł rzeczywiście upokorzył żonę i ignorował finansową rzeczywistość ich małżeństwa.
Ale Martyna również w atmosferze napięcia zaczęła zakładać najgorsze przy każdym brakującym przedmiocie.
Zaufanie miało wiele warstw.
Odbudowanie go wymagało czegoś więcej niż wskazania jednej osoby jako źródła wszystkich problemów.
Najtrudniejszy test przyszedł trzy miesiące później.
Wierzyciel skontaktował się z Pawłem w sprawie poręczonej pożyczki.
Krystyna nie była w stanie uregulować całej kwoty.
Paweł przyszedł do Martyny z dokumentami.
— Mam oszczędności wystarczające na połowę. Resztę mogę rozłożyć na raty.
— Dobrze.
— Nie proszę cię o pieniądze.
Martyna spojrzała na niego.
— Wiem.
— Chciałem tylko, żebyś wiedziała.
— Dziękuję.
— Kiedyś ukryłbym to przed tobą.
— Prawdopodobnie.
— Albo poprosiłbym cię o przelew i powiedział, że później oddam.
— Też prawdopodobnie.
Uśmiechnął się gorzko.
— Byłem naprawdę nieznośny.
— Czasami nadal jesteś.
Parsknął śmiechem.
Pierwszy raz od miesięcy zaśmiali się razem bez napięcia.
Paweł spłacał zobowiązanie ze swojej części dochodów.
Krystyna sprzedała samochód i część wartości przekazała na dług.
To była jej decyzja.
Nikt jej do tego nie zmuszał.
Kiedy powiedziała o tym synowi, nie pozwoliła mu kupić jej nowego auta.
— Będę jeździć autobusem — powiedziała.
Paweł spojrzał na Martynę tak zaskoczony, jakby jego matka ogłosiła wyprawę na Marsa.
Krystyna zauważyła.
— Przestań się gapić. Autobusy nie są dla innego gatunku ludzi.
— Nigdy nie chciałaś nimi jeździć.
— Człowiek może się nauczyć.
Martyna prawie się uśmiechnęła.
Proces dotyczący Doroty ciągnął się miesiącami.
Okazało się, że kobieta zawierała podobne umowy z kilkoma znajomymi, zawsze przedstawiając nową inwestycję jako przedsięwzięcie niemal pewne.