— Znasz ją?
Spojrzał.
— Nie.
Krystyna, siedząca przy drugim końcu salonu, wyprostowała się.
Martyna zauważyła reakcję.
— Ty znasz.
— Znajoma.
— Dorota?
Cisza.
Paweł popatrzył na matkę.
— To ta wspólniczka?
Krystyna westchnęła.
— Tak.
— Po co była tutaj?
— Rozmawiałyśmy.
— O kredycie?
— Między innymi.
— Dlaczego tutaj?
— Bo tutaj mieszkam.
Martyna poczuła, że jej cierpliwość się kończy.
— Jeszcze dzisiaj chcę, żebyś przeniosła swoje rzeczy do własnego mieszkania.
Krystyna poderwała się.
— Co?!
Paweł spojrzał na żonę.
— Martyna…
— Nie wyrzucam jej na ulicę. Ma swoje mieszkanie piętnaście kilometrów stąd.
— Jest remontowane — rzuciła Krystyna.
— Remont skończył się trzy miesiące temu.
— Skąd wiesz?
— Bo zapłaciłam ostatnią fakturę ekipie.
Zapadła cisza.
Krystyna wyglądała, jakby po raz pierwszy zdała sobie sprawę, jak wiele szczegółów jej wygodnego życia rzeczywiście przechodziło przez ręce Martyny.
— Dam ci czas do jutra wieczorem.
— Nie masz prawa traktować mnie jak intruza.
— Masz własne mieszkanie.
— Paweł!
Syn długo milczał.
Martyna spojrzała na niego.
To był moment wyboru.
Krystyna najwyraźniej też tak uważała.
— Powiedz jej coś — zażądała.
Paweł przeciągnął dłonią po karku.
— Mamo… może na jakiś czas naprawdę będzie lepiej, jeśli wrócisz do siebie.
Krystyna patrzyła na niego, jakby ją uderzył.
— Wyrzucasz własną matkę?
— Nikt cię nie wyrzuca.
— Własną matkę?!
— Masz mieszkanie!
— Po śmierci twojego ojca byłam sama!
— Minęło pięć lat.
— Więc mam termin ważności żałoby?
— Nie o tym mówię.
— Oczywiście, że nie. Mówisz to, co ona każe ci mówić.
Wskazała na Martynę.
— Od początku chciała odsunąć cię ode mnie.
Martyna zaśmiała się cicho.
— Przez dwa lata mieszkałaś w moim domu bez opłat.
— Bo Paweł mnie zaprosił.
— A ja się zgodziłam.
— Żeby później mi to wypominać!
— Nie wypominałabym, gdybyś wczoraj nie próbowała mnie z niego wyrzucić.
Krystyna otworzyła usta, ale nie znalazła odpowiedzi.
Poszła na górę i trzasnęła drzwiami.
Paweł opadł na kanapę.
— To koszmar.
— Nie.
Martyna spojrzała na schody.
— To konsekwencje.
Następnego dnia Krystyna nie wyszła na śniadanie.
Do południa spakowała dwie duże walizki.
Paweł pomógł je znieść.
Atmosfera była lodowata.
Przy drzwiach matka odwróciła się do syna.
— Jeszcze będziesz żałował.
— Mamo…
— Nie. Nie dzwoń do mnie, kiedy ona pokaże ci prawdziwą twarz.
Spojrzała na Martynę.
— Wygrałaś.
— To nie był konkurs.
Krystyna uśmiechnęła się gorzko.
— Dla ciebie może nie.
Wyszła.
Paweł stał długo w przedpokoju.
— Pojadę za nią.
— To twoja decyzja.
— Chcę tylko sprawdzić, czy dotarła.
— Rozumiem.
Spojrzał na żonę.
— Nie chcesz jechać?
Martyna prawie zapytała, czy żartuje.
— Nie.
Kiedy wyszedł, dom po raz pierwszy od bardzo dawna stał się cichy.
Martyna usiadła w kuchni.
Powinna była poczuć ulgę.
Zamiast tego czuła pustkę.
Kilka godzin później znalazła pendrive.
Leżał pod komodą w przedpokoju.
Mógł rzeczywiście wypaść z koperty.
Podniosła go i poczuła cień wstydu.
Może podejrzewała Krystynę już o wszystko.
Podłączyła urządzenie do starego laptopa.
Były na nim pliki Ewy.
Nic więcej.
Martyna zamknęła komputer.
Być może część podejrzeń była przesadzona.
Ale problem z hipoteką pozostawał.
Wieczorem Paweł wrócił sam.
— Mama jest w mieszkaniu.
— Dobrze.
— Płakała całą drogę.
Martyna nie odpowiedziała.
— Wiem, co myślisz.
— Nie sądzę.
— Że zawsze jej bronię.
— Często bronisz.
— To moja matka.
— To nie jest immunitet.
Paweł usiadł naprzeciwko.
— Powiedziała mi trochę więcej o tej inwestycji.
— Słucham.
— Dorota prowadziła kiedyś butik w centrum. Chciała otworzyć drugi, bardziej ekskluzywny. Mama miała zostać wspólniczką.
— Za sto dwadzieścia tysięcy?
— Początkowo. Później zaczęły się problemy z lokalem, dostawcami i długami.
— Czyli potrzebowały kolejnych pieniędzy.
— Tak.
— I stąd hipoteka.
Paweł pokiwał głową.
— Mama twierdzi, że Dorota powiedziała jej, że skoro tu mieszkamy, dom prawdopodobnie jest wspólny.
— Dlatego sprawdzały.
— Tak.
Martyna milczała.
— Jest coś jeszcze — powiedział Paweł.
Podał jej kilka kartek.
— Co to?
— Historia moich przelewów do mamy. Policzyłem.
Martyna spojrzała na sumę.
Dwieście osiemdziesiąt siedem tysięcy złotych w ciągu czterech lat.
Uniósł wzrok.
— Nie miałem pojęcia.
— To były twoje pieniądze.
— Byliśmy małżeństwem.
— Wczoraj uważałeś inaczej.
Skrzywił się.
— Wiem.
— Nie chodzi tylko o kwotę.
— Wiem.
— Kiedy ja opłacałam większość wspólnego życia, ty przelewałeś swojej matce po kilka lub kilkanaście tysięcy.
— Nie zdawałem sobie sprawy, ile tego było.
— Nigdy nie sprawdziłeś.
— Nie.
Martyna przesunęła kartki w jego stronę.
— Dlaczego?
Paweł nie odpowiedział od razu.
— Chyba… dlatego, że było mi wygodnie.
To była pierwsza naprawdę szczera odpowiedź, jaką od niego usłyszała.
— Ty wszystko organizowałaś. Rachunki były opłacone. Lodówka pełna. Wakacje zaplanowane. Samochody ubezpieczone. Nie musiałem zastanawiać się, ile kosztuje nasze życie.
— A jednocześnie pozwoliłeś swojej matce przekonać cię, że to ty utrzymujesz rodzinę.
Spuścił oczy.