— I oddałeś je mamie.

Spojrzał na Krystynę.

— Oddasz mi pieniądze na paliwo?

Kobieta westchnęła teatralnie.

— Mam może kilkaset złotych. Przecież mówiłam, że zapłaciłam zaliczkę za naszyjnik.

— To anuluj zakup.

— Zaliczka jest bezzwrotna.

— Szesnaście tysięcy?

— To była okazja.

— Mamo, potrzebuję pieniędzy.

— Jesteś dorosłym mężczyzną.

Martyna uniosła brwi.

Paweł również usłyszał ironię.

Stał przez chwilę nieruchomo, po czym wyjął telefon i zamówił taksówkę.

Kiedy wyszedł, Krystyna ruszyła na górę.

— Dokąd idziesz? — zapytała Martyna.

— Do swojego pokoju.

— Zatrzymaj się.

Teściowa odwróciła się.

— Słucham?

— Muszę coś sprawdzić w gabinecie. Później porozmawiamy o tym, jak długo chcesz tu zostać.

Twarz Krystyny zesztywniała.

— Chcesz mnie wyrzucić?

— Nic takiego nie powiedziałam.

— To dom mojego syna.

Martyna popatrzyła na dokument leżący na stole.

— Przed chwilą ustaliliśmy, że nie.

Krystyna zrobiła krok w jej stronę.

— Posłuchaj mnie, dziewczyno. Nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale Paweł jest moim synem. Jeżeli każesz mi odejść, wybierze mnie.

— Być może.

Spokojna odpowiedź najwyraźniej zdenerwowała ją bardziej niż kłótnia.

— I wtedy zostaniesz sama.

Martyna przez moment obserwowała kobietę, która od siedmiu lat próbowała przekonywać ją, że samotność jest najgorszą rzeczą, jaka może spotkać kobietę.

Kiedyś sama w to wierzyła.

Teraz coraz bardziej zaczynała podejrzewać, że gorsze jest życie w domu pełnym ludzi, którzy widzą w tobie przede wszystkim wygodne źródło pieniędzy.

— Poradzę sobie — powiedziała.

Minęła teściową i poszła do gabinetu.

Drzwi były uchylone.

To już było dziwne.

Martyna zawsze je zamykała.

W środku wszystko na pierwszy rzut oka wyglądało normalnie. Biurko, regały, drukarka, szafka z dokumentami.

Otworzyła dolną szufladę.

Teczka z aktem notarialnym była na miejscu.

Teczka z ubezpieczeniami również.

Dokumenty firmowe też.

Dopiero gdy sięgnęła po segregator oznaczony „DOM”, zauważyła, że kartki nie są ułożone tak jak zwykle.

Ktoś je przeglądał.

Martyna miała specyficzny zwyczaj. Wszystkie ważne dokumenty wkładała w przezroczyste koszulki etykietami do przodu. Teraz dwie koszulki były odwrócone.

Wyjęła je.

Pierwsza zawierała polisę domu.

Druga — kopię aktu własności.

Przesunęła palcem po krawędzi.

Brakowało jednego dokumentu.

Pełnomocnictwa.

Dwa lata wcześniej przed operacją ojca Martyna przygotowała ograniczone pełnomocnictwo dla Pawła, by w jej imieniu mógł odebrać określone dokumenty i prowadzić kilka spraw administracyjnych, gdyby musiała przez dłuższy czas przebywać w Świdnicy.

Pełnomocnictwo dawno przestało być potrzebne.

Była przekonana, że jego kopia nadal znajduje się w segregatorze.

Nie było jej.

Poczuła, jak serce przyspiesza.

Wyjęła telefon i zadzwoniła do Kaczmarka.

— Andrzej, jeszcze jedno pytanie. Czy stary dokument pełnomocnictwa może komuś pozwolić na rozporządzanie domem?

— Zależy od zakresu. Pamiętasz jego treść?

— Mniej więcej. Chodziło o sprawy urzędowe.

— Jeżeli nie obejmuje sprzedaży ani hipoteki, nie powinien stanowić podstawy do takich czynności. Masz oryginał?

— Chyba nie.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Sprawdź dokładnie.

— Ktoś przeglądał dokumenty.

— Martyna, na wszelki wypadek przyjedź dziś do kancelarii. Przygotujemy formalne odwołanie wszystkich pełnomocnictw, jakie kiedykolwiek udzieliłaś Pawłowi. Nawet jeśli któreś już wygasło, będziemy mieli jasny ślad.

— Dobrze.

— I zmień kod do sejfu.

Martyna spojrzała w stronę korytarza.

Drzwi gabinetu nadal były otwarte.

— Właśnie to zrobię.

Po rozmowie zamknęła gabinet od środka.

Sejf znajdował się za drewnianym panelem regału.

Wpisała kod.

W środku leżały dokumenty firmy, kilka rodzinnych pamiątek i niewielkie pudełko po babci.

Nic nie wyglądało na ruszone.

Zmieniła kod.

Później usiadła przy biurku.

Powinna była czuć satysfakcję.

Paweł został upokorzony przez własną decyzję. Krystyna straciła dostęp do pieniędzy. Dom należał do niej.

Tymczasem zamiast triumfu czuła ciężar.

Bo problemy przestały dotyczyć kolacji.

Około południa napisał Paweł.

„Musimy wieczorem spokojnie porozmawiać.”

Nie odpisała.

Po chwili przyszedł drugi komunikat.

„Mama twierdzi, że źle zrozumieliśmy sprawę kredytu.”

Martyna odłożyła telefon.

Trzeci komunikat nadszedł pół godziny później.

„Nie podejmuj żadnych decyzji, zanim wrócę.”

Tym razem odpowiedziała.

„Nie wydawaj mi poleceń dotyczących mojego majątku.”

Przez kolejne trzy godziny nie pisał.

Martyna pojechała do kancelarii.

Andrzej Kaczmarek znał ją od wielu lat. Prowadził sprawy jej ojca, a później pomagał przy sprzedaży odziedziczonego mieszkania i działki.

— Twój mąż zawsze wiedział, jak została sfinansowana nieruchomość? — zapytał.

— Wiedział, że pieniądze pochodzą ze sprzedaży mojego majątku. Nie interesował się szczegółami.

— Czyli prawdopodobnie zakładał, że skoro jesteście małżeństwem, dom automatycznie jest wspólny.

— Najwyraźniej.

Andrzej pokiwał głową.

— Sama niewiedza nie jest problemem. Bardziej martwi mnie próba uzyskania finansowania.

— Myślisz, że Krystyna naprawdę chciała zastawić dom?

— Nie wiem. Na razie mamy tylko rozmowę telefoniczną. Doradca zapytał o współwłaściciela, a kiedy dowiedział się, że nim nie jest Paweł, sprawa się zakończyła.

— Czy podał, czego dotyczyć miało finansowanie?

Kaczmarek zajrzał do notatki.

— Kwota około trzystu tysięcy złotych.

Martyna zamarła.

— Co?

— Tyle padło w rozmowie.

Naszyjnik za szesnaście tysięcy nagle przestał być głównym problemem.

— Po co Krystynie trzysta tysięcy?

— O to musisz zapytać ją.

Martyna przypomniała sobie ostatnie miesiące.

Drogie ubrania.

SPA.

Restauracje.

Nowy telefon.