— Tak.
— Dlaczego?
— Bo zarabiałem więcej niż kiedyś. Awans… nie wiem. Poczułem się ważny.
— I potrzebowałeś, żebym ja poczuła się mniej ważna?
Paweł gwałtownie zaprzeczył.
— Nie.
— Właśnie to zrobiłeś.
— Wiem.
Martyna wstała.
— Nie wiem, czy jedno „przepraszam” wystarczy.
— Nie oczekuję tego.
— Czego oczekujesz?
— Szansy, żeby to naprawić.
Martyna patrzyła na niego.
Siedem lat małżeństwa nie znikało w jeden wieczór.
Ale siedem lat nie mogło również służyć jako wymówka, by ignorować coś, co właśnie zobaczyła.
— Najpierw chcę pełnej przejrzystości finansowej.
— Dobrze.
— Wszystkie konta, zobowiązania, karty, kredyty.
— Dobrze.
— I żadnych pieniędzy dla twojej matki z naszych wspólnych środków bez rozmowy.
— Zgoda.
— Nadal możesz jej pomagać ze swoich prywatnych pieniędzy, jeżeli po opłaceniu uczciwej części kosztów domu coś ci zostanie.
Paweł skinął głową.
— Rozumiem.
Martyna niemal uśmiechnęła się.
— Wczoraj powiedziałeś mi dokładnie to samo.
Zawstydzenie na jego twarzy było widoczne.
Przez kolejne dni dom wyglądał inaczej.
Paweł po raz pierwszy od lat sam zrobił duże zakupy.
Wrócił zdumiony.
— Wiesz, ile kosztuje oliwa?
Martyna spojrzała na niego.
— Tak.
— I kawa?
— Tak.
— Dlaczego nigdy nie mówiłaś?
— Mówiłam. Nie słuchałeś.
Następnego dnia dostał rachunek za ubezpieczenie auta.
Potem za internet.
Później opłatę za serwis ogrzewania.
Nie były to kwoty, które mogły zrujnować człowieka zarabiającego tak dobrze jak on.
Ale dopiero teraz widział je wszystkie.
Po tygodniu usiadł przy stole z arkuszem kalkulacyjnym.
— Wydawaliśmy naprawdę dużo.
— Tak.
— I ty pokrywałaś około siedemdziesięciu procent.
— W niektórych miesiącach więcej.
— Dlaczego?
Martyna wzruszyła ramionami.
— Na początku zarabiałam więcej. Później weszłam we współpracę z firmą Ewy i moje dochody wzrosły jeszcze bardziej. Nigdy nie uważałam, że małżeństwo powinno polegać na liczeniu każdej złotówki.
— A ja wykorzystałem to.
— Tak.
Nie protestował.
Ta zmiana była niewielka, ale Martyna ją zauważyła.
Dawny Paweł natychmiast szukałby usprawiedliwienia.
Nowy — jeśli rzeczywiście miał się pojawić — przynajmniej potrafił wysłuchać zdania, którego nie lubił.
Trzy dni później zadzwoniła Krystyna.
Nie do syna.
Do Martyny.
— Musimy porozmawiać.
— O czym?
— O Dorocie.
Spotkały się w kawiarni.
Krystyna wyglądała inaczej bez starannie dobranego stroju i biżuterii. Miała podkrążone oczy.
— Dorota zniknęła — powiedziała.
— Co znaczy „zniknęła”?
— Nie odbiera.
— Byłaś u niej?
— Lokal jest zamknięty.
— A umowa?
Krystyna wyjęła z torebki dokument.
Martyna przejrzała go.
Nie była prawnikiem, ale kilka rzeczy rzucało się w oczy.
Umowa była nieprecyzyjna.
Kwoty opisano jako pożyczki na rozwój działalności.
Nie było jasnego udziału w spółce.
— Pokazywałaś to prawnikowi?
— Nie.
— Dlaczego?
— Dorota powiedziała, że nie trzeba.
Martyna zamknęła oczy.
To było niemal tragikomiczne.
— Chcesz powiedzieć, że przekazałaś jej ponad sto tysięcy bez konsultacji?
— Ufałam jej.
Martyna popatrzyła na kobietę, która tydzień wcześniej zarzucała synowej finansową naiwność.
— Dlaczego przyszłaś do mnie?
Krystyna zacisnęła palce wokół filiżanki.
— Paweł nie odbiera.
— Dzwoniłaś do niego?
— Kilka razy.
— Powiedział mi, że potrzebuje od ciebie przestrzeni.
Krystyna przełknęła ślinę.
— Ty masz prawnika.
Martyna prawie się roześmiała.
— Czyli potrzebujesz Andrzeja.
— Potrzebuję pomocy.
To było prawdopodobnie najtrudniejsze zdanie, jakie Krystyna wypowiedziała w swoim życiu.
Martyna powinna była odmówić.
Część niej chciała to zrobić.
Pozwolić teściowej poczuć skutki własnych decyzji.
Ale inna część rozumiała coś ważniejszego: jeśli Dorota rzeczywiście wyłudziła pieniądze, dalsza katastrofa finansowa Krystyny prędzej czy później ponownie spadnie na Pawła, a przez niego na ich małżeństwo.
— Dam ci numer do kancelarii — powiedziała. — Sama zadzwonisz. Sama przedstawisz dokumenty. Sama zapłacisz za konsultację.
Krystyna wyglądała na zaskoczoną.
— Nie pojedziesz ze mną?
— Nie.
— Ale…
— Chciałaś zarządzać pieniędzmi dorosłego syna. Teraz musisz zacząć zarządzać własnymi problemami.
Krystyna zacisnęła usta.
Tym razem jednak nie odpowiedziała złośliwie.
Wstały.
Przy drzwiach kawiarni Krystyna powiedziała:
— Naprawdę nigdy nie chciałam zabrać ci domu.
Martyna zatrzymała się.
— Chciałaś wykorzystać go jako zabezpieczenie bez pytania mnie.
— Myślałam, że należy też do Pawła.
— To nie poprawia sytuacji.
— Chciałam ratować pieniądze, które już zainwestowałam.
— Czyli ryzykować kolejne trzysta tysięcy, żeby odzyskać sto dwadzieścia.
Krystyna spuściła wzrok.
— Kiedy człowiek jest już tak głęboko, zaczyna myśleć inaczej.
Martyna patrzyła na nią chwilę.
Po raz pierwszy zobaczyła nie arogancką teściową, ale przestraszoną kobietę, która prawdopodobnie wiedziała, że została oszukana, lecz wstyd nie pozwalał jej przyznać się wcześniej.
To nie oznaczało przebaczenia.
Oznaczało jedynie zrozumienie.
— Zadzwoń do Andrzeja — powiedziała.
Wieczorem opowiedziała Pawłowi o spotkaniu.
— Pomogłaś jej? — zapytał.
— Dałam jej kontakt.
Paweł siedział cicho.
— Powinienem był odebrać.
— Nie musisz natychmiast rozwiązywać każdego jej problemu.
— Ale jeśli straciła wszystko…
— To nadal jest dorosłą osobą.
— Wiem.
Martyna widziała, jak bardzo walczy ze starym odruchem.