A Krystyna właśnie zaczęła drżeć.

CZĘŚĆ 3

— Mamo?

Paweł wypowiedział to słowo cicho, niemal bezgłośnie.

Martyna znała ten ton. Nie był jeszcze gniewem. Był momentem tuż przed nim, kiedy człowiek próbuje znaleźć rozsądne wyjaśnienie czegoś, co właśnie przestało mieć sens.

Krystyna poprawiła pasek szlafroka.

— Nie patrz na mnie w ten sposób. Niczego nie zrobiłam.

Mecenas Kaczmarek nie reagował na jej oburzenie. Wyjął drugi dokument i położył go obok odpisu księgi wieczystej.

— Nie twierdzę, że doszło do przestępstwa ani do złożenia formalnego wniosku hipotecznego. Informuję jedynie panią Martynę, ponieważ wczoraj po południu skontaktował się z moją kancelarią doradca kredytowy. Chciał potwierdzić strukturę własności domu. Podał nazwisko pana Pawła Borkowskiego jako osoby zainteresowanej zabezpieczeniem finansowania na nieruchomości.

Paweł gwałtownie uniósł głowę.

— Ja z nikim nie rozmawiałem.

Martyna nie odezwała się.

Patrzyła na Krystynę.

Teściowa zaczęła poprawiać włosy, chociaż nie wymagały poprawiania. Robiła tak zawsze, gdy kłamała.

Martyna zauważyła to już w pierwszym roku małżeństwa.

— Ktoś musiał się pomylić — powiedziała Krystyna.

— Doradca podał również numer telefonu — odparł prawnik.

— Jaki?

Kaczmarek zerknął na dokument.

Podyktował ostatnie trzy cyfry.

Paweł odsunął krzesło.

— To twój numer.

Krystyna spojrzała na syna.

— Daj spokój.

— Mamo.

— Powiedziałam tylko, że kiedyś być może chcielibyśmy sprawdzić możliwości.

— My?

— Ty. My. Rodzina. Co za różnica?

Martyna poczuła, jak coś zimnego przesuwa jej się wzdłuż kręgosłupa.

Jeszcze dzień wcześniej była przekonana, że ma do czynienia przede wszystkim z pychą męża i zachłannością teściowej. Teraz zaczynała rozumieć, że w ich głowach mógł istnieć plan, o którym nigdy jej nie powiedziano.

— Dlaczego chciałaś brać kredyt pod zastaw mojego domu? — zapytała.

Krystyna od razu podchwyciła jedno słowo.

— Twojego? Przestań się tak obnosić. Mieszkacie tu razem od lat.

— To nie jest odpowiedź.

— Nie muszę ci się tłumaczyć.

Mecenas Kaczmarek spokojnie zamknął teczkę.

— Pani Martyno, jeżeli będzie pani potrzebowała mnie później, proszę zadzwonić. Na ten moment nie widzę bezpośredniego zagrożenia dla nieruchomości. Bez pani udziału nie można skutecznie jej obciążyć. Natomiast sugerowałbym ostrożność w kwestii dokumentów i pełnomocnictw.

To ostatnie zdanie zawisło w powietrzu.

Pełnomocnictw.

Martyna natychmiast pomyślała o szufladzie w gabinecie.

O teczkach.

O podpisach.

Paweł odprowadził prawnika wzrokiem, dopóki drzwi się nie zamknęły.

Potem zwrócił się do żony.

— Od kiedy ten dom jest tylko twój?

Nie „dlaczego mi nie powiedziałaś”.

Nie „czy to prawda”.

Od kiedy.

Jakby największym problemem nie było to, że jego matka próbowała wykorzystać cudzą nieruchomość, ale fakt, że on sam nie miał do niej prawa.

Martyna poczuła pierwsze prawdziwe rozczarowanie tego poranka.

— Od początku.

— Co znaczy „od początku”?

— Kupiłam go cztery lata temu.

— Razem go kupiliśmy.

— Nie.

— Oglądaliśmy go razem.

— Tak.

— Wybieraliśmy kuchnię razem.

— Tak.

— Wprowadziłem się tu z tobą.

— Tak.

Paweł zacisnął szczękę.

— Więc jak możesz mówić, że kupiłaś go sama?

Martyna usiadła.

Nie chciała prowadzić tej rozmowy stojąc naprzeciwko dwóch osób, które jeszcze wczoraj traktowały ją jak lokatorkę.

— Pamiętasz mieszkanie po mojej babci w Świdnicy?

— Sprzedałaś je.

— I działkę po rodzicach.

Paweł zmarszczył brwi.

— Też sprzedałaś.

— Pieniądze z obu transakcji zapłaciły za ten dom.

Krystyna skrzyżowała ręce.

— Ale jesteście małżeństwem.

— Te środki pochodziły z mojego majątku osobistego. Notariusz wszystko opisał w akcie. Paweł wiedział, że mieszkanie i działka należały do mnie przed ślubem.

— Ale mówiłaś, że to nasz dom — powiedział Paweł.

Martyna spojrzała na niego długo.

— Bo myślałam o nas jak o rodzinie.

Nie odpowiedział.

To zdanie trafiło w miejsce, którego nie mógł zaatakować krzykiem.

Krystyna natomiast nie miała podobnych zahamowań.

— Czyli przez cztery lata udawałaś?

— Co udawałam?

— Że mój syn jest u siebie.

— Nigdy nie powiedziałam, że nie jest.

— Ale nie wpisałaś go jako właściciela.

— Ponieważ dom został kupiony za moje pieniądze.

— W małżeństwie nie ma „moje” i „twoje”.

Martyna prawie się roześmiała.

Jeszcze wczoraj słyszała dokładnie odwrotną filozofię.

— Ciekawe — powiedziała. — Kiedy Paweł oddawał całą pensję tobie, bardzo wyraźnie istniały „jego pieniądze”, „twoje pieniądze” i „moje wydatki”.

Krystyna zacisnęła usta.

— Nie przekręcaj.

— Niczego nie przekręcam. Po prostu pierwszy raz stosuję wasze zasady.

Paweł wstał.

— Muszę jechać do pracy.

Martyna spojrzała na zegarek.

— Jedź.

Ruszył do przedpokoju, ale po chwili wrócił.

— Kluczyki.

— Są tam, gdzie je wczoraj rzuciłeś.

— Nie do auta. Karta paliwowa.

— Wyłączyłam ją.

— Martyna…

— To moja karta.

Przez jego twarz przemknęło coś pomiędzy gniewem a niedowierzaniem.

Przez lata praktycznie nie pytał, skąd brały się drobne udogodnienia. Po prostu były.

Pełny bak.

Opłacony internet.

Sprzątanie dwa razy w tygodniu.

Dostawy jedzenia.

Ubezpieczenie samochodu.

Abonament na telefon.

Wyjazdy.

Prezenty dla jego matki.

Wszystko pojawiało się w tle życia tak niezawodnie, że przestał zauważać człowieka, który za to płacił.

— Wczoraj zarobiłem dwadzieścia cztery tysiące — powiedział.