— Nie, nie wystarczy! — krzyknęła. — Wszyscy chodzą wokół niej na palcach, bo ma mieszkanie i dobrą pensję. A co ona zrobiła dla tej rodziny? Nic!
Dziesięć dni.
Byłam w tej rodzinie dziesięć dni.
A już miałam dług.
Nie finansowy.
Moralny.
Za samo wejście.
Wiktor otworzył drzwi.
Złapałam go za rękę.
— Co robisz?
— Chcę, żeby przestali krzyczeć na korytarzu.
— Nie wpuszczaj ich.
— Nie wpuszczę.
Wyszedł i przymknął za sobą drzwi.
Słyszałam głosy.
Najpierw Lidii.
Potem Henryka.
Tamary.
Wiktor mówił cicho, ale w pewnym momencie krzyknął:
— Powiedziałem, że koniec!
Zapadła cisza.
— Żadnego mieszkania. Żadnej hipoteki. Żadnego spotkania. Niczego.
Lidia odpowiedziała:
— Właśnie wyrzuca cię z własnego życia, a ty nadal jej bronisz?
— Bo mieliście jej powiedzieć przed ślubem.
— Ty miałeś.
Cisza.
To jedno zdanie było jak nóż.
„Ty miałeś”.
A więc było ustalone.
Nie domyślne.
Nie „wszyscy sądzili”.
Konkretny obowiązek.
Wiktor miał mi powiedzieć.
Nie powiedział.
Henryk odezwał się:
— Nie ma sensu teraz wracać do tego, kto miał mówić. Stało się.
Otworzyłam drzwi.
Cała trójka stała przy windzie.
Lidia w eleganckim beżowym płaszczu.
Henryk z twarzą człowieka, który chce jeszcze raz przejąć kontrolę.
Tamara z założonymi rękami.
— Jest sens — powiedziałam.
Spojrzeli na mnie.
— Kiedy Wiktor miał mi powiedzieć?
Lidia zacisnęła usta.
Henryk powiedział:
— To sprawa między tobą a nim.
— Pani przed chwilą powiedziała, że on miał.
— Bo miał.
— Kiedy?
— Przed ślubem — wyrwała się Tamara.
Henryk rzucił jej spojrzenie.
Za późno.
Wiktor pobladł.
— Tamara.
— Co? I tak wszystko się sypie.
Popatrzyłam na nią.
— Skąd wiesz?
— Bo byliśmy wtedy wszyscy w domu.
— Kiedy?
— Po waszych zaręczynach. W kwietniu.
Wiktor zamknął oczy.
Tamara mówiła dalej, teraz już wyraźnie zła również na niego.
— Tata powiedział, że bank potrzebuje dodatkowego zabezpieczenia. Mama zapytała Wiktora, czy ty w ogóle się zgodzisz. Wiktor powiedział, że raczej nie.
— Tamara, zamknij się — syknął Henryk.
— Nie.
Pierwszy raz byłam po tej samej stronie co ona.
— Potem mama powiedziała, że jeśli Sonia ma wejść do rodziny, to powinna wiedzieć, że czasem rodzina czegoś potrzebuje. Wiktor powiedział, że porozmawia z tobą przed ślubem.
Spojrzałam na niego.
Nie patrzył na mnie.
— A później? — zapytałam.
Tamara wzruszyła ramionami.
— Później powiedział, że nie ma sensu mówić przed weselem, bo zrobisz aferę.
Poczułam, jak ręce robią mi się zimne.
Wiktor podniósł głowę.
— Nie powiedziałem „aferę”.
— Powiedziałeś, że może odwołać ślub — poprawiła go Tamara.
To było jeszcze gorsze.
Lidia próbowała przerwać:
— Wszystko jest wyrywane z kontekstu.
Nie słuchałam.
Patrzyłam tylko na Wiktora.
— Wiedziałeś, że gdybym znała prawdę, mogłabym cię nie poślubić.
— Wiedziałem, że mogłabyś spanikować.
— Nie zmieniaj słowa.
— Sonia…
— Wiedziałeś.
— Bałem się.
— Czego?
— Że cię stracę.
— Więc pozwoliłeś mi podjąć decyzję bez informacji, która mogła ją zmienić.
Milczał.
Henryk wszedł mu w słowo.
— Ludzie nie opowiadają sobie przed ślubem każdego problemu finansowego rodziców.
Spojrzałam na niego.
— Nie chodziło o pański problem. Chodziło o plan wykorzystania mojego mieszkania do rozwiązania pańskiego problemu.
— Niczego nie wykorzystaliśmy.
— Bo zdążyłam powiedzieć „nie”.
Lidia prychnęła.
— I jesteś z siebie dumna?
Odwróciłam się do niej.
— Tak.
To chyba zaskoczyło ją najbardziej.
— Jestem dumna, że powiedziałam „nie”.
— Rodzina Wiktora może przez ciebie stracić wszystko.
— Nie. Państwo mogą stracić część majątku przez swoje długi.
Henryk zrobił krok w moją stronę.
— Uważaj, co mówisz.
— Pan też powinien był uważać, zanim zaczął liczyć wartość mojego mieszkania.
Wiktor stanął między nami.
— Tata, koniec.
— Z tobą też porozmawiamy.
— Nie. Nie porozmawiacie.
Henryk zmarszczył brwi.
— Co?
Wiktor wskazał windę.
— Jedźcie.
Lidia patrzyła na niego, jakby ją uderzył.
— Wiktor.
— Jedźcie.
— Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiliśmy?
I oto pojawił się mechanizm, który kierował tą rodziną od lat.
Rachunek.
Za studia.
Za pomoc.
Za pracę.
Za wesele.
Za rodzinę.
Wszystko było pożyczką, nawet jeśli wcześniej nazywano to prezentem.
Wiktor przez chwilę milczał.
— Właśnie dlatego nigdy nie potrafię wam odmówić.
Lidia zesztywniała.
— Nie waż się robić z nas potworów.
— Nie robię.
— Ojciec wyciągnął cię z długów!
— Wiem.
— Zapłaciliśmy za połowę wesela!
— Wiem.
— Zatrudnił cię, kiedy nie miałeś pracy!
— Wiem!
Jego głos odbił się po korytarzu.
— I wiem też, że przez to całe życie mam czuć, że wszystko jestem wam winien!
Zapadła cisza.
Tamara patrzyła na brata z otwartymi ustami.
Henryk powiedział:
— Niewdzięcznik.
Wiktor skrzywił się.
Jakby właśnie potwierdzono coś, czego bał się od lat.
— Może.
Henryk nacisnął przycisk windy.
— Nie licz na mnie, kiedy następnym razem wpadniesz w problemy.
Wiktor skinął głową.
— Dobrze.
Lidia weszła do windy bez pożegnania.
Tamara została sekundę dłużej.
Spojrzała na mnie.
— Przepraszam za widelec.