Skrzywił się.

— Oczywiście.

— Co to znaczy?

— Ciotka Maria od lat ma pretensje do taty.

— Pożyczyła mu sto pięćdziesiąt tysięcy.

— Wujek pożyczył.

— Oddaliście?

Nie odpowiedział.

— Wiktor, mów dalej.

Przetarł dłonie.

— Rodzice mogą stracić firmę. Prawdopodobnie musieliby sprzedać dom.

— Rozumiem.

— Mama jest tym przerażona.

— Też rozumiem.

— Tata całe życie na to pracował.

— Rozumiem nawet to.

Podniósł wzrok, jakby nie spodziewał się, że nie będę zaprzeczać.

— Więc chyba widzisz, dlaczego próbowałem znaleźć rozwiązanie.

— Widzę, dlaczego próbowałeś. Nie widzę, dlaczego twoim rozwiązaniem miał być mój majątek.

— Bo nieruchomość jest czysta.

— „Czysta”.

To słowo było dokładnie tym, jak na mój dom patrzył jego ojciec.

Nie jak na miejsce, w którym mieszkam.

Jak na aktywo.

Wartość 1,4 miliona.

Bez hipoteki.

Możliwość zabezpieczenia.

— Gdyby tata dostał restrukturyzację — mówił Wiktor — firma mogłaby stanąć na nogi. Ryzyko byłoby niewielkie.

— Jeśli jest niewielkie, dlaczego bank chce dodatkowego zabezpieczenia?

Nie odpowiedział.

— Sam słyszysz, jak to brzmi?

— Banki zawsze się zabezpieczają.

— Właśnie. A ja też chcę się zabezpieczać.

— Przed moją rodziną?

— W tej chwili tak.

Wiktor spuścił głowę.

— Mama uważała, że jak już będziemy małżeństwem, inaczej na to spojrzysz.

— „Mama uważała”.

— Ja też miałem taką nadzieję.

I to zdanie było drugą prawdziwą rzeczą, którą mi powiedział.

— Od kiedy wiedziałeś, że będą chcieli mojego mieszkania?

— Nie „chcieli mieszkania”.

— Od kiedy?

— W kwietniu.

Trzy miesiące przed ślubem.

— Czyli kiedy zamawialiśmy obrączki.

— Mniej więcej.

— I nic nie powiedziałeś.

— Bo nie było jeszcze konkretnej propozycji.

— Ale podałeś im wartość mieszkania.

— Tak.

— Numer księgi.

— Tak.

— Zarobki.

— Tak.

— Moje podejście do poręczania cudzych kredytów.

Zamknął oczy.

— Mama pytała, jak możesz zareagować.

Poczułam ucisk w klatce piersiowej.

— Czy wczorajszy obiad był testem?

— Co?

— Maria słyszała Lidę w kuchni.

Wiktor gwałtownie pokręcił głową.

— Nic o tym nie wiedziałem.

— Powiedziała, że lepiej sprawdzić, czy da się ze mną rozmawiać, zanim spotkam się z doradcą.

— To absurd.

— Czyli zaprzeczasz?

— Nie wiedziałem o żadnym „teście”.

— A kiedy Tamara uderzyła mnie widelcem?

— Myślałem, że robi głupi żart.

— A kiedy zaczęły wyliczać, że mam sprzątać dom twoich rodziców, opiekować się nimi i oddać matce kontrolę nad pieniędzmi?

— Byłem w szoku.

— Dlatego kazałeś mi milczeć?

— Chciałem zapobiec awanturze.

— Czyli znowu miałam ustąpić.

— Przy pełnym stole, Sonia.

— I dokładnie o to chodziło twojej matce.

Wstałam i podeszłam do okna.

Na dole Powiśle świeciło tysiącem okien. Autobusy przesuwały się przez skrzyżowanie. Ktoś wyprowadzał psa.

Normalny środowy wieczór.

Tylko moje małżeństwo właśnie rozpadało się w szóstym dniu.

— Jest jeszcze coś? — zapytałam.

Wiktor długo milczał.

— Co?

— Pytam, czy jest jeszcze coś, o czym dowiem się przypadkiem.

— Nie.

Odwróciłam się.

— Spójrz na mnie i powiedz.

— Nie ma.

Prawie mu uwierzyłam.

Następnego ranka zadzwoniła Tamara.

Tym razem odebrałam.

— Czego chcesz?

— Wiktor jest przez ciebie kompletnie rozwalony.

— To porozmawiaj z nim.

— Ty naprawdę jesteś bez serca.

— Tamara, uderzyłaś mnie widelcem.

— Bo zachowywałaś się jak księżniczka.

— Sięgnęłam po kraba.

— Mama powiedziała, że mamy ci pokazać…

Urwała.

Zrobiło mi się cicho w głowie.

— Co powiedziała?

— Nieważne.

— Powtórz.

— Nic.

— „Mama powiedziała, że mamy mi pokazać” co?

— Zasady.

— Czyli zrobiłaś to na jej polecenie.

— Nie powiedziała mi, żebym cię uderzyła.

— Ale kazała ci mnie ustawić.

— Sonia, nie przekręcaj.

— Dlaczego?

Tamara milczała.

Po chwili powiedziała:

— Bo wszyscy wiedzieli, że jak na spotkaniu z doradcą zaczniesz robić to samo co zwykle, to nic z tego nie będzie.

— Co robię „jak zwykle”?

— Zawsze musisz mieć kontrolę.

— Nad własnym mieszkaniem?

— Nad wszystkim.

— Tamara, czy ty w ogóle słyszysz siebie?

— Moi rodzice mogą stracić dom!

— Mogą go sprzedać.

Krzyknęła:

— To jest dom naszej rodziny!

— A moje mieszkanie czym jest?

Zapadła cisza.

— To tylko mieszkanie — powiedziała w końcu. — Nie masz nawet dzieci.

Wtedy zrozumiałam trzecią rzecz.

Dla nich wartość majątku zależała od tego, kto go posiadał.

Ich dom był „gniazdem rodzinnym”.

Moje mieszkanie było „tylko mieszkaniem”.

Ich pieniądze były efektem ciężkiej pracy.

Moje były czymś, czym powinnam się podzielić.

Ich granice należało szanować.

Moje były egoizmem.

— Rozłączam się.

— Poczekaj.

— Nie.

— Wiesz, że Wiktor zgodził się na to dużo wcześniej?

Zatrzymałam palec nad ekranem.

— Na co?

Tamara roześmiała się krótko, nerwowo.

I nagle poczułam, że mówi to tylko po to, by mnie zranić.

— Na plan z hipoteką. To nie był pomysł z zeszłego tygodnia. Tata zapytał go jeszcze wiosną, czy po ślubie będzie w stanie cię przekonać. Wiktor powiedział, że tak.

W żołądku poczułam ciężar.

— Kłamiesz.