— Na Tamarę. Na Lidię. Na to, jak do ciebie mówiły.

Nie spodziewałam się tego.

— Dlaczego pani nic nie powiedziała?

— Bo przez trzydzieści lat nauczyłam się, że z Lidią walczy się trudno. Ale to nie jest usprawiedliwienie.

Po chwili dodała:

— Tylko że wczoraj nie chodziło wyłącznie o zasady przy stole.

Poczułam, jak prostują mi się plecy.

— Co ma pani na myśli?

Maria milczała chwilę.

— Tamara wiedziała, że masz charakter. Lidia też. Wiktor opowiadał, że jesteś uparta w sprawach finansowych.

— „Uparta”?

— Ich słowo, nie moje.

— Co jeszcze mówił?

— Że sama kupiłaś mieszkanie. Że nie lubisz pożyczać pieniędzy rodzinie. Że masz zasadę, żeby nie być poręczycielem cudzych kredytów.

Teraz zrobiło mi się naprawdę zimno.

To była prawda.

Miałam taką zasadę od czasów, gdy mój wujek stracił część oszczędności jako poręczyciel kredytu kuzyna.

Rozmawiałam o tym kiedyś z Wiktorem.

Tylko z nim.

— Skąd Lidia o tym wiedziała?

— Od Wiktora, jak sądzę.

Zamknęłam oczy.

Maria mówiła dalej:

— Kilka tygodni temu byłyśmy z Lidią na kawie. Powiedziała coś dziwnego. Że po ślubie człowiekowi zmieniają się priorytety i że kiedy stajesz się częścią rodziny, przestajesz patrzeć tylko na siebie.

— Mówiła o mnie?

— Nie powiedziała wprost.

— Ale pani tak pomyślała.

— Tak.

Następne zdanie Marii było jeszcze gorsze.

— A wczoraj, zanim przyjechaliście, Lidia kłóciła się z Tamarą w kuchni. Tamara nie chciała cię prowokować przy stole.

— Co?

— Powiedziała matce, że jeśli urządzą ci jakiś „pokaz wychowawczy”, to się tylko wściekniesz.

Przez chwilę nie mogłam mówić.

— Pokaz wychowawczy?

— Tak powiedziała.

— Czyli ten widelec…

— Nie wiem, czy to było zaplanowane. Tego nie słyszałam. Ale Lidia odpowiedziała Tamarze, że „lepiej teraz zobaczyć, czy da się z nią normalnie rozmawiać, niż w czwartek przy obcych”.

Przy obcych.

Doradca bankowy.

Spotkanie.

Czwartek.

Nagle wszystkie elementy wskoczyły na swoje miejsce.

Niedzielny obiad nie był zwykłym rodzinnym konfliktem.

Nie był nawet spontanicznym pokazem dominacji.

Oni chcieli sprawdzić, co zrobię, kiedy wszyscy staną po jednej stronie.

Czy ustąpię, gdy zostanę zawstydzona.

Czy Wiktor będzie w stanie mnie uciszyć.

Czy po awanturze zgodzę się przeprosić, żeby „ratować rodzinę”.

W czwartek mieli potrzebować dokładnie tego samego mechanizmu.

Tylko zamiast kraba na stole miał leżeć dokument z banku.

— Sonia? — odezwała się Maria. — Jesteś?

— Jestem.

— Przepraszam, że mówię ci to dopiero teraz.

— Czy Henryk naprawdę ma takie problemy finansowe?

Westchnęła.

— Większe, niż Wiktor ci powiedział.

— Skąd pani wie?

— Mój mąż pożyczył Henrykowi pieniądze.

— Ile?

— Sto pięćdziesiąt tysięcy.

— Oddał?

Cisza była odpowiedzią.

— Od kiedy?

— Od ponad roku.

A więc problemy nie zaczęły się w zeszłym miesiącu.

Nie były nagłe.

Istniały długo przed ślubem.

— Dlaczego firma tonie?

— Henryk za długo udawał, że da sobie radę. Dwa duże kontrakty poszły źle. Jeden inwestor zwlekał z płatnością, ale przy drugim Henryk sam źle policzył koszty. Potem wziął kolejny kredyt, żeby łatać poprzedni. Lidia nie chce sprzedać domu. Uważa, że byłoby to upokorzenie.

I wtedy pojawił się prawdziwy motyw.

Nie walczyli o przetrwanie w sensie dosłownym.

Mieli ogromny dom w Konstancinie.

Dwie działki odziedziczone po rodzicach Henryka.

Samochody.

Biżuterię Lidii.

Tamara wynajmowała lokal na salon kosmetyczny, którego część kosztów pokrywali rodzice.

Mogli ciąć wydatki.

Mogli sprzedać część majątku.

Mogli zamknąć nierentowną firmę.

Tylko że tego nie chcieli.

Chcieli zachować swój poziom życia.

A moje mieszkanie miało stać się buforem.

Tego wieczoru nie spałam prawie wcale.

Wiktor wysyłał wiadomości.

Najpierw przepraszał.

Potem tłumaczył.

Potem oskarżał mnie o „zamrożenie go emocjonalnie”.

O drugiej w nocy napisał:

„Chcesz rozwalić małżeństwo przez coś, czego nawet nie zdążyłem ci zaproponować”.

Odpisałam:

„Chcę wiedzieć, dlaczego przygotowywałeś propozycję dotyczącą mojego majątku za moimi plecami”.

Długo nic.

W końcu:

„Bałem się, że od razu odmówisz”.

To była pierwsza całkowicie szczera rzecz, jaką powiedział od niedzielnego obiadu.

Następnego dnia spotkałam się z Martą.

Przyniosłam zdjęcia kartki i pokazałam wiadomości.

Marta przeczytała wszystko dwa razy.

— Nie widzę tutaj niczego, co samo w sobie oznaczałoby, że doszło do skutecznego obciążenia nieruchomości — powiedziała. — Ale traktowałabym to bardzo poważnie. Zwłaszcza jeśli przekazywał dane bez twojej wiedzy.

— Chcę wiedzieć, co jeszcze przekazał.

— Zapytaj go na piśmie.

— Po co?

— Bo ludzie w rozmowie zmieniają wersje. W wiadomościach częściej zastanawiają się, co napisać.

Napisałam więc do Wiktora:

„Potrzebuję pełnej informacji. Jakie dane dotyczące mnie i mojego majątku przekazałeś rodzicom, bankowi, doradcy kredytowemu albo komukolwiek innemu?”

Odpisał po godzinie.

„Rodzicom podałem wartość mieszkania, informację o braku hipoteki i orientacyjne zarobki. Nikt nie zrobił nic bez twojej zgody”.

Przeczytałam tę wiadomość Marcie.

— Zwróć uwagę na ostatnie zdanie — powiedziała.

— „Nikt nie zrobił nic bez twojej zgody”.

— Nie odpowiedział, czy coś przygotowywali.

Napisałam ponownie.

„Czy przygotowano dokumenty albo wnioski, w których moje mieszkanie miało być zabezpieczeniem?”

Tym razem czekałam trzy godziny.

W końcu zadzwonił.