— Chcieliśmy ci wszystko spokojnie wyjaśnić.
— W czwartek?
Nie zaprzeczył.
Usiadłam naprzeciwko.
— Wyjaśnij teraz.
— Moi rodzice mają pewien problem finansowy.
— Jaki?
— Firma taty słabo stoi.
Henryk od prawie trzydziestu lat prowadził niewielką spółkę budowlaną. Oficjalnie wszyscy w rodzinie mówili o niej tak, jakby nadal była doskonale prosperującym biznesem. Nowe osiedla. Remonty kamienic. Domy pod Warszawą.
Na weselu Wiktor chwalił się nawet kolegom, że ojciec „zawsze umiał robić interesy”.
Teraz dowiadywałam się, że te interesy nie wyglądały najlepiej.
— Jak słabo?
— Płynnościowo.
— Konkretnie.
— Kilku klientów nie zapłaciło. Zostały zobowiązania. Leasingi. Kredyt obrotowy.
— Ile?
— Tata mówił, że sytuacja jest pod kontrolą.
— Ile, Wiktor?
Spuścił wzrok.
— Około siedmiuset tysięcy.
Poczułam zimno.
— Około?
— Może trochę więcej.
— I moje mieszkanie ma z tym jaki związek?
— Bank chce dodatkowego zabezpieczenia przy restrukturyzacji.
Powiedział to bardzo szybko.
Jak człowiek zrywający plaster.
Wstałam.
— Nie.
— Sonia, nawet nie wiesz, na czym to polega.
— Wiem wystarczająco dużo.
— Chodzi tylko o zabezpieczenie.
— Mojego mieszkania.
— Tymczasowe.
Zaśmiałam się.
— Tymczasowa hipoteka?
— Tata spłacałby kredyt normalnie.
— Tak samo dobrze jak ten, którego właśnie nie jest w stanie spłacać?
Wiktor zacisnął dłonie.
— Nie musisz być złośliwa.
— Moje mieszkanie ma ratować firmę twojego ojca, a ty prosisz, żebym nie była złośliwa?
— Nikt nie powiedział, że masz cokolwiek ratować. Mielibyśmy wszystko wytłumaczone przez doradcę.
— Dlaczego dopiero po ślubie?
Znowu cisza.
— Dlaczego na kartce twojego ojca jest napisane: „po ślubie będzie łatwiej ją przekonać”?
— Nie odpowiadam za to, co tata sobie notuje.
— Ale odpowiadasz za to, że dałeś mu moje dane.
Wiktor wstał.
— Bo jesteśmy małżeństwem.
— Wtedy nie byliśmy.
— Mieliśmy nim zostać.
— I to dawało ci prawo rozdawać informacje o moim majątku?
— Sonia, nie dramatyzuj.
To były prawdopodobnie najgorsze dwa słowa, jakie mógł wybrać.
Podeszłam do drzwi pokoju gościnnego.
— Spakuj kilka rzeczy.
— Co?
— Jedź dzisiaj do rodziców.
— Chyba żartujesz.
— Nie.
— To też jest mój dom.
— Nie. To jest moje mieszkanie, do którego zaprosiłam cię jako partnera. I właśnie dowiedziałam się, że przed ślubem omawiałeś z rodziną wykorzystanie go jako zabezpieczenia ich długów.
— Nie wyrzucisz męża po jednej kłótni.
— Wczoraj twoja siostra uderzyła mnie widelcem. Kazałeś mi przeprosić. Dzisiaj dowiaduję się, że planowałeś spotkanie w sprawie zastawienia mojego mieszkania. To dwie kłótnie.
— Posłuchaj siebie.
— Słucham uważniej niż kiedykolwiek.
Nie chciał wyjść.
Najpierw się obraził.
Potem podniósł głos.
Potem próbował mnie przytulić.
Na końcu usiadł na kanapie i rozpłakał się.
I właśnie wtedy pierwszy raz zobaczyłam w nim coś, czego wcześniej nie chciałam zauważyć.
Wiktor przez całe życie nie umiał sprzeciwić się rodzinie.
Jego ojciec dawał mu pierwszą pracę.
Matka opłacała mu studia podyplomowe.
Rodzice pomogli, gdy pięć lat wcześniej wpakował się w nieudany biznes z kolegą.
Henryk spłacił część długu.
Od tamtej pory Wiktor miał wobec niego niewidzialny rachunek.
— Tata uratował mi wtedy tyłek — powiedział. — Stracił przeze mnie prawie sto tysięcy. Teraz pierwszy raz on potrzebuje pomocy.
— To mu pomóż.
— Chcę.
— Swoimi pieniędzmi.
— Nie mam takich.
— Więc sprzedaj samochód. Weź kredyt na siebie. Zmień pracę. Oddawaj mu pół pensji, jeśli chcesz. Ale nie oferuj mojego mieszkania.
— To nie byłaby tylko twoja sprawa. Jesteśmy małżeństwem.
— Właśnie że byłaby. Ryzyko dotyczyłoby mojego majątku.
— Małżeństwo polega na wspólnym ryzyku.
— Wspólnym. Nie takim, o którym jedna osoba dowiaduje się z kartki znalezionej pod stołem.
Nie odpowiedział.
Po godzinie spakował walizkę.
Przy drzwiach powiedział:
— Jeśli każesz mi teraz wyjść, moja rodzina nigdy ci tego nie zapomni.
Spojrzałam na niego.
— Naprawdę nadal sądzisz, że to jest mój największy problem?
Wyszedł.
Dziesięć minut później zadzwoniła Lidia.
Nie odebrałam.
Zadzwoniła ponownie.
Potem Henryk.
Potem Tamara.
W końcu dostałam wiadomość od teściowej.
„Wyrzuciłaś własnego męża z domu przez pieniądze. Piękny początek małżeństwa”.
Odpisałam tylko:
„Nie przez pieniądze. Przez kłamstwo”.
Nie minęła minuta.
„Nie było żadnego kłamstwa. Były sprawy, których nie zdążyliśmy jeszcze z tobą omówić”.
To sformułowanie zapamiętałam.
„Nie zdążyliśmy”.
Czyli Lidia również wiedziała.
Kilka minut później napisała Tamara.
Spodziewałam się wyzwisk.
Dostałam coś gorszego.
„Mówiłam Wiktorowi, że z tobą się nie da. Zawsze wszystko musi być po twojemu”.
Patrzyłam na ekran.
Odpisałam:
„To znaczy?”
„Normalna żona pomaga rodzinie męża”.
„Oddając mieszkanie pod długi teścia?”
Nie odpowiedziała.
Zamiast niej po pół godzinie zadzwoniła ciotka Maria.
Ta sama, która przy niedzielnym stole siedziała cicho.
— Sonia, masz chwilę?
Jej głos brzmiał tak, jakby sama nie wiedziała, czy powinna dzwonić.
— Mam.
— Nie chcę się wtrącać.
Niemal się uśmiechnęłam.
W tej rodzinie każdy, kto zaczynał zdanie od „nie chcę się wtrącać”, zwykle robił właśnie to.
Ale Maria mówiła inaczej.
— Wczoraj powinnam była zareagować. Przepraszam.
Usiadłam.
— Na co?