— Sonia, nie zaczynaj od rana.
— Po co twojemu ojcu dokumenty mojego mieszkania?
Wiktor pobladł.
I wtedy zrozumiałam, że nie chodziło o źle dobrane słowa Lidii.
On wiedział.
Kiedy wyszedł do pracy, na stole został wydruk, który musiał wypaść z jego torby.
Na górze widniało moje imię i nazwisko.
Niżej numer księgi wieczystej mojego mieszkania.
A obok, długopisem Henryka, ktoś dopisał:
„Wartość ok. 1,4 mln. Bez hipoteki. Po ślubie będzie łatwiej ją przekonać”.
CZĘŚĆ 3
Przez kilka minut siedziałam przy stole i patrzyłam na tę jedną linijkę.
„Po ślubie będzie łatwiej ją przekonać”.
Nie „zapytać”.
Nie „porozmawiać”.
Przekonać.
Zupełnie jakby decyzja już zapadła, a jedynym nierozwiązanym problemem pozostawało znalezienie sposobu, żebym powiedziała „tak”.
Wzięłam telefon i zrobiłam zdjęcia kartki z każdej strony.
Potem schowałam ją dokładnie tam, gdzie leżała.
Nie dlatego, że chciałam urządzać jakieś śledztwo za plecami męża.
Po prostu pierwszy raz od pięciu dni małżeństwa nie wierzyłam człowiekowi, z którym dzieliłam łóżko.
Wiktor dzwonił około jedenastej.
Nie odebrałam.
Napisał:
„Musimy spokojnie pogadać. Mama przesadziła z tą wiadomością. Nie nakręcaj się”.
To zdanie tylko pogorszyło sprawę.
Nie „nie wiem, o czym ona mówi”.
Nie „to jakiś absurd”.
„Mama przesadziła”.
Czyli wiedział.
Zadzwoniłam do Marty, mojej przyjaciółki ze studiów, która od lat pracowała jako radca prawny. Nie opowiadałam jej o policzku ani krabie. Zaczęłam od dokumentu.
— Czy rodzina mojego męża może w jakikolwiek sposób obciążyć hipoteką mieszkanie, które kupiłam przed ślubem?
Marta milczała przez chwilę.
— Bez twojej zgody? Nie.
— Nawet po ślubie?
— Sonia, jeżeli mieszkanie było twoje przed ślubem i nie wniosłaś go do majątku wspólnego, jest twoim majątkiem osobistym. Sam ślub nie robi z Wiktora współwłaściciela.
Odetchnęłam.
Tylko trochę.
— A jeśli ktoś ma numer księgi wieczystej i dane o moich dochodach?
— Numer księgi wieczystej sam w sobie nie wystarczy do ustanowienia hipoteki. Ale przestańmy rozmawiać hipotetycznie. Co się dzieje?
Opowiedziałam.
Im dłużej mówiłam, tym bardziej absurdalnie wszystko brzmiało.
Widziałaś, jak twoja siostra uderza mnie widelcem.
Nie interweniowałeś.
Twoja rodzina wyliczyła mi obowiązki wobec nich.
Twoja matka zażądała dokumentów mojego mieszkania.
Twój ojciec zna jego wartość.
A ty nie widzisz problemu.
Marta zadała jedno pytanie:
— Skąd oni wiedzą, że lokal nie ma hipoteki?
Nie odpowiedziałam.
Bo właśnie to było najgorsze.
Nigdy im tego nie mówiłam.
Owszem, wiedzieli, że mieszkanie należy do mnie. Wiktor przeprowadził się do niego rok przed ślubem. Wiedzieli, że kupiłam je kilka lat wcześniej, kiedy dobrze zarabiałam, a rodzice pomogli mi wkładem własnym.
Ale informacji o spłaconym kredycie nie omawialiśmy przy rodzinnym stole.
Tak samo jak dokładnej wartości mieszkania.
Marta powiedziała:
— Nie podpisuj niczego. Nie jedź na żadne „spotkanie rodzinne”. Jeśli pojawią się dokumenty bankowe, skonsultuj je przed złożeniem jakiegokolwiek podpisu. I zapytaj Wiktora wprost, komu przekazywał twoje dane.
— Jeszcze dziś.
— Nie. Najpierw ochłoń.
— Jestem spokojna.
— Właśnie dlatego się martwię.
Marta znała mnie wystarczająco długo.
Kiedy byłam wściekła, podnosiłam głos.
Kiedy czułam, że naprawdę ktoś mnie zdradził, robiłam się lodowato spokojna.
Po południu wyszłam wcześniej z pracy.
Pracowałam jako dyrektorka finansowa w firmie logistycznej, więc temat zabezpieczeń, kredytów i zobowiązań nie był mi obcy.
Wiedziałam również, jak łatwo człowiek pod wpływem rodziny może podpisać coś, czego konsekwencji wcześniej nie przemyślał.
Tyle że ja niczego podpisywać nie zamierzałam.
W mieszkaniu czekał Wiktor.
Siedział przy kuchennej wyspie.
Przed nim stały dwa kubki z herbatą.
— Nie wiedziałem, czy chcesz z cytryną.
Prawie się roześmiałam.
— Wiktor, po co twojemu ojcu moja księga wieczysta?
Poruszył szczęką.
— Możemy najpierw…
— Nie.
Odstawiłam torebkę.
— Jedno pytanie. Jedna odpowiedź. Skąd Henryk ma numer mojej księgi wieczystej?
— Ode mnie.
Nie minęło nawet pięć sekund.
A jednak to krótkie słowo całkowicie zmieniło nasz salon.
— Kiedy mu go dałeś?
— Jakiś czas temu.
— Kiedy?
— Jeszcze przed ślubem.
Patrzyłam na niego.
— Jak długo przed?
— Sonia…
— Miesiąc? Pół roku? Rok?
— Może trzy miesiące.
Trzy miesiące.
Czyli przed naszą lipcową ceremonią. W czasie, kiedy wybieraliśmy zaproszenia, kłóciliśmy się o muzykę na wesele i zastanawialiśmy, czy w menu ma być żurek czy krem z białych warzyw, mój przyszły mąż przekazywał ojcu dane dotyczące mojego mieszkania.
— Dlaczego?
— Tata pytał.
— To nie jest odpowiedź.
— Chciał wiedzieć, jak wyglądają nasze finanse.
— „Nasze”?
— Przyszłościowo.
— Czy wysłałeś mu też informacje o mojej pensji?
Wiktor milczał.
Wtedy przypomniałam sobie inną rzecz.
W maju potrzebowałam zaświadczenia o dochodach do leasingu samochodu służbowego. Dokument przyszedł na mój prywatny mail. Wiktor pomagał mi wtedy skonfigurować drukarkę.
— Wysłałeś?
— Tylko widełki.
— Czyli tak.
— Sonia, mój ojciec nie jest przypadkową osobą.
— Dla mojego pracodawcy jest.
— Nie rób z tego afery.
Podeszłam do szuflady i wyjęłam kartkę, którą znalazłam rano.
Położyłam ją przed nim.
Wiktor przestał udawać.
Przez chwilę patrzył na pismo swojego ojca.
Potem przetarł twarz.
— Nie tak miało to wyglądać.
— Jak?