— Zapytaj go.
— Po co mi to mówisz?
— Bo przez ciebie wszyscy teraz jadą po mnie, jakbym sama zrobiła tę całą aferę z widelcem.
— Sama mnie uderzyłaś.
— Ale Wiktor wiedział, po co mama chciała cię „oswoić” przed czwartkiem.
Rozłączyła się.
Tego dnia nie poszłam do biura.
Napisałam, że pracuję z domu.
Potem otworzyłam komputer i przez dwadzieścia minut patrzyłam na pusty dokument.
Nie chciałam wierzyć Tamarze.
Miała powód, żeby zaszkodzić bratu.
Była wściekła.
Mogła przesadzać.
Wiktor poprzedniego wieczoru powiedział mi, że nie wiedział o żadnym teście.
Nie powiedział jednak, że nie wiedział o planie.
Zadzwoniłam.
Odebrał prawie natychmiast.
— Sonia?
— Czy w kwietniu twój ojciec zapytał cię, czy po ślubie przekonasz mnie do zgody na zabezpieczenie jego kredytu mieszkaniem?
Milczenie.
— Tak czy nie?
— Kto ci to powiedział?
— Tak czy nie?
— To nie wyglądało tak…
Rozłączyłam się.
Nie potrzebowałam reszty.
W ciągu dziesięciu minut przysłał dwanaście wiadomości.
Nie czytałam.
Potem pojawił się pod drzwiami.
Nie otworzyłam.
Dzwonił domofonem.
Pukał.
W końcu usiadłam po drugiej stronie drzwi na podłodze.
— Sonia, proszę.
Milczałam.
— Otwórz.
Milczałam.
— Nie chciałem cię wykorzystać.
Oparłam czoło o drewno.
— Słyszysz mnie?
— Słyszę.
— To otwórz.
— Nie.
— Kocham cię.
— Wiem.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Chyba ta odpowiedź zaskoczyła go najbardziej.
— To dlaczego mnie tak traktujesz?
Podniosłam głowę.
— Ja ciebie?
— Nie dajesz mi szansy nic wyjaśnić.
Wstałam i otworzyłam drzwi, ale zostawiłam łańcuch.
Wiktor wyglądał fatalnie.
— Masz pięć minut.
— Nie przez drzwi.
— Albo tak, albo wcale.
— Sonia…
— Cztery minuty pięćdziesiąt sekund.
Zacisnął usta.
— Tata zapytał mnie w kwietniu, czy moglibyśmy rozważyć pomoc.
— Powiedziałeś „my”?
— Tak.
— Ze mną wtedy rozmawiałeś?
— Nie.
— Czyli „my” znaczyło „ty”.
— Wiedziałem, że najpierw muszę sprawdzić szczegóły.
— A potem?
— Powiedziałem, że po ślubie z tobą porozmawiam.
— Tamara twierdzi, że obiecałeś mnie przekonać.
— Powiedziałem tylko, że spróbuję.
Zaśmiałam się bez humoru.
— Właśnie potwierdziłeś jej wersję.
— Nie rozumiesz sytuacji.
— To zdanie słyszę od sześciu dni. Może problem polega na tym, że rozumiem ją coraz lepiej.
— Nie ożeniłem się z tobą dla mieszkania.
Patrzyłam na niego.
— Nie powiedziałam, że tak było.
— Ale tak myślisz.
— Myślę, że ożeniłeś się ze mną, kochając mnie i jednocześnie planując, że po ślubie łatwiej będzie wyciągnąć ode mnie zgodę na coś, na co przed ślubem pewnie powiedziałabym „nie”.
— To niesprawiedliwe.
— Co w tym jest nieprawdziwe?
Nie odpowiedział.
— Wiktor, czy gdybym wiedziała przed ślubem o siedmiuset tysiącach długu twojego ojca, planie hipoteki i tym, że przekazujesz mu informacje o moich finansach, myślisz, że ślub odbyłby się w tym terminie?
Poruszył ustami.
— Właśnie.
— Bałem się, że odwołasz.
I w tym jednym zdaniu wszystko się skończyło.
Nie dlatego, że przyznał, że mnie nie kocha.
Przyznał coś gorszego.
Wiedział, że informacja może wpłynąć na moją decyzję o małżeństwie.
Dlatego jej nie podał.
To nie było tchórzostwo po ślubie.
To był świadomy wybór przed nim.
— Odejdź — powiedziałam.
— Sonia…
— Odejdź.
— Porozmawiajmy jutro.
— Nie.
— Za kilka dni.
— Nie wiem.
— Czy ty właśnie kończysz nasze małżeństwo?
Popatrzyłam mu w oczy.
— Ty zacząłeś je kończyć w kwietniu. Ja dopiero dzisiaj się o tym dowiedziałam.
Zamknęłam drzwi.
To był siódmy dzień naszego małżeństwa.
Następnego ranka zadzwoniła Lidia.
Nie odebrałam.
Napisała:
„Dość tych przedstawień. Jutro przyjedziemy wszyscy i załatwimy to jak dorośli”.
Odpisałam:
„Nie przyjeżdżajcie”.
„Jesteśmy rodziną”.
„Nie zapraszam was”.
„Nie możesz odcinać Wiktora od jego własnego domu”.
„To nie jest jego własny dom”.
Po kilku minutach odpisała:
„Teraz widzę, dlaczego Wiktor tak długo bał się z tobą porozmawiać. Pieniądze są dla ciebie ważniejsze od ludzi”.
Nie odpowiedziałam.
Ale ta wiadomość pomogła mi podjąć decyzję.
W piątek rano umówiłam się z Martą.
— Chcę złożyć pozew o rozwód — powiedziałam.
Nie zrobiła wielkich oczu.
Nie pytała, czy jestem pewna.
Tylko skinęła głową.
— Dobrze. Omówmy, co to oznacza.
Myśl o rozwodzie po tygodniu małżeństwa wydawała mi się jednocześnie absurdalna i oczywista.
Prawnie nic nie kończyło się w jeden dzień.
Wiedziałam, że czeka mnie procedura, dokumenty, sąd, pytania.
Ale decyzja zapadła.
Dziesiątego dnia od ślubu powiedziałam Wiktorowi, że składam pozew.
Poprosiłam, żeby przyszedł po resztę rzeczy w sobotę.
Tym razem przyjechał sam.
Przynajmniej tak mi się wydawało.
Pakował ubrania bez słowa.
Koszule.
Buty.
Książki.
Ładowarki.
Ekspres do kawy, który dostał od kolegów na trzydzieste urodziny.
W pewnym momencie zatrzymał się przy zdjęciu z naszego ślubu.
Stało na komodzie.
— Naprawdę nic dla ciebie nie znaczyło?
Zabolało.
— Nie rób tego.
— Pytam.
— Znaczyło wszystko.
— A jednak wyrzucasz to po dziesięciu dniach.
— Nie wyrzucam dziesięciu dni. Reaguję na to, co robiłeś przez trzy miesiące przed nimi.
— Popełniłem błąd.
— Kilka.
— Możemy podpisać intercyzę.