Spojrzałam na niego.

— Moje mieszkanie i tak jest majątkiem osobistym.

— Wiem. Chodzi mi o przyszłość. Żebyś czuła się bezpiecznie.

— A rodzice?

— Powiem im, że nie będzie żadnego zabezpieczenia.

— Powiesz?

— Powiedziałem już.

— I?

Wiktor spojrzał w bok.

— Ojciec się wściekł.

— Matka?

— Nie odzywa się do mnie.

— Tamara?

— Uważa, że wszystko przez ciebie.

— A ty?

Długo milczał.

— Uważam, że wszyscy popełniliśmy błędy.

I właśnie dlatego nie było czego ratować.

Nawet teraz nie potrafił powiedzieć:

„To ja cię okłamałem”.

Musiał rozdzielić odpowiedzialność.

Jego ojciec planował.

Matka naciskała.

Siostra prowokowała.

Ja policzkowałam.

Więc „wszyscy”.

Idealnie.

— Zabierz rzeczy — powiedziałam.

Wtedy usłyszeliśmy domofon.

Wiktor spojrzał na telefon.

— Kto to?

Nie wiedziałam.

Odebrałam.

— Tak?

— Sonia? Otwórz. To my.

Lidia.

Spojrzałam na Wiktora.

— Mówiłeś, że przyjedziesz sam.

— Miałem przyjechać sam.

— Wiedzieli, że tu jesteś?

Nie odpowiedział.

To wystarczyło.

Nie otworzyłam.

Pięć minut później ktoś zapukał do drzwi.

Musieli wejść z sąsiadem.

Najpierw usłyszałam Lidę.

— Sonia, otwórz. Nie będziemy robić cyrku na klatce.

Potem Henryka.

— Chcemy tylko porozmawiać.

Tamara również tam była.

Spojrzałam na Wiktora.

— Wyjdź.

— Może warto ich wysłuchać.

To było tak niewiarygodne, że przez moment zabrakło mi słów.

— „Może warto”?

— Skoro już przyjechali.

— Ty ich zaprosiłeś?

— Nie.

— Ale wiedziałeś, że mogą przyjechać?

— Mama pytała, kiedy będę zabierał rzeczy.

Zamknęłam oczy.

— Powiedziałeś jej.

— To moja matka.

— Oczywiście.

Wzięłam telefon i napisałam do Lidii:

„Nie otworzę. Proszę wyjść”.

Natychmiast zadzwoniła do Wiktora.

Odebrał.

Słyszałam jej głos.

— Otwórz nam.

— Mamo…

— To też twoje mieszkanie.

Spojrzał na mnie.

Powiedział:

— Nie jest moje.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Pierwszy raz usłyszałam, jak sprzeciwia się matce.

Szkoda, że o tydzień za późno.

— Jak to nie twoje? — oburzyła się Lidia. — Jesteście małżeństwem.

— Sonia kupiła je wcześniej.

— Nie o papierach mówię.

— Mamo, jedźcie do domu.

— Nie, dopóki ta dziewczyna…

Wiktor rozłączył się.

Lidia zaczęła walić w drzwi.

Nie pukać.

Walić.

— Sonia! Otwórz!

Wyszłam na korytarz przedpokojowy.

— Jeśli pani nie przestanie, zadzwonię po policję.

— Dzwoń! Chętnie opowiem im, jak wyrzuciłaś męża z domu dziesięć dni po ślubie!

— To proszę poczekać.

Zapadła cisza.

Prawdopodobnie nie spodziewała się, że naprawdę jestem gotowa to zrobić.

Po chwili Henryk powiedział spokojniej:

— Sonia, nie przyszliśmy się kłócić. Chcemy wyjaśnić nieporozumienie.

— Nie było nieporozumienia.

— Było mnóstwo emocji.

— Panie Henryku, dostał pan ode mnie zgodę na analizowanie mojego mieszkania jako zabezpieczenia kredytu?

Cisza.

— Nie.

— Dostał pan zgodę na przekazanie moich danych doradcy?

— Wiktor…

— Pytam pana.

— Nie.

— Czy wiedział pan, że jestem przeciwna poręczaniu cudzych zobowiązań?

Znowu cisza.

— Wiktor wspominał.

— A mimo to przygotował pan spotkanie po naszym ślubie.

— Chciałem przedstawić ci sytuację.

— Dlaczego nie przed?

— Nie sądziłem, że to będzie konieczne.

Roześmiałam się.

— Na kartce napisał pan, że po ślubie łatwiej będzie mnie przekonać.

Po drugiej stronie zrobiło się zupełnie cicho.

Usłyszałam tylko Tamarę:

— Jakiej kartce?

Henryk powiedział coś bardzo cicho.

Nie zrozumiałam.

Tamara odezwała się głośniej:

— Tata, jakiej kartce?

Wiktor stał obok mnie blady.

Pierwszy raz dotarło do mnie, że być może nie wszystkie dzieci Henryka wiedziały o wszystkim.

— Sonia — odezwał się Henryk — to była prywatna notatka.

— Dotycząca mojego mieszkania.

— Nie znaczyła tego, co sugerujesz.

— To co znaczyła?

Nie odpowiedział.

Wtedy odezwała się Lidia.

— Znaczyła, że jesteś trudną osobą i trzeba z tobą rozmawiać w odpowiednim momencie.

Prawie podziwiałam tę szczerość.

— Czyli po ślubie.

— Po ślubie ludzie powinni zacząć myśleć jak rodzina.

— Czy rodzina oznacza dla pani możliwość dysponowania moim majątkiem?

— Nikt niczym nie dysponował!

— Ale próbowaliście mnie przygotować do tego, żebym się zgodziła.

— Na pomoc!

— Ryzykując moim mieszkaniem.

— Mamy stracić dom!

— Proszę sprzedać jedną z działek.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Wiktor spojrzał na mnie.

Wiedziałam.

Maria wspomniała o działkach.

Lidia odpowiedziała:

— To majątek rodzinny.

— A moje mieszkanie?

— Nie odwracaj kota ogonem.

— Pytam. Moje mieszkanie nie jest majątkiem?

— Jesteś młoda. Zarobisz na drugie.

I wtedy nawet Wiktor się poruszył.

— Mamo…

— Co „mamo”? Taka jest prawda. Sonia ma trzydzieści cztery lata, dobrą pracę, żadnych dzieci. Gdyby nawet coś poszło źle, odbudowałaby się. Twój ojciec ma sześćdziesiąt trzy lata. Nie zacznie wszystkiego od nowa.

Patrzyłam na męża.

Widziałam, jak słowa jego matki docierają do niego jedno po drugim.

Nie chodziło o „symboliczne zabezpieczenie”.

Lidia doskonale rozumiała ryzyko.

Po prostu uważała, że to ja powinnam je ponieść.

— Wiktor — powiedziałam cicho. — Słyszysz?

Skinął głową.

Po drugiej stronie Henryk syknął:

— Lidia, wystarczy.