Pierwszy raz nie brzmiała arogancko.

— Dobrze — odpowiedziałam.

— Ale nadal uważam, że ten policzek był przesadą.

— Był.

Zaskoczyłam ją.

— Nie powinnam była cię uderzyć. Powinnam była wstać i wyjść.

Tamara skinęła głową.

— No.

Drzwi windy się zamknęły.

Zostaliśmy sami.

Wiktor usiadł na schodach.

Nagle wyglądał na bardzo zmęczonego.

Usiadłam kilka stopni wyżej.

Przez moment byliśmy znów tylko Sonią i Wiktorem.

Parą, która sześć lat wcześniej poznała się na urodzinach znajomego.

On wylał wtedy piwo na moje buty.

Ja powiedziałam mu, że jeśli chce się zrehabilitować, może kupić mi kawę.

Kupował mi ją potem przez sześć lat.

Znałam jego śmiech.

Sposób, w jaki marszczył nos, kiedy kłamał, że nie zjadł ostatniego kawałka sernika.

Wiedziałam, że boi się wysokości.

On wiedział, że zawsze płaczę na filmach o psach.

To wszystko było prawdziwe.

Tak samo jak kłamstwo.

— Gdybym powiedział ci w kwietniu — odezwał się — odwołałabyś ślub?

Pomyślałam.

— Nie wiem.

Spojrzał na mnie.

— Naprawdę?

— Naprawdę.

— Myślałem, że powiesz „tak”.

— Może poprosiłabym o przesunięcie. Może zażądałabym pełnych informacji. Może pokłócilibyśmy się. Może postawiłabym warunek, że twoja rodzina nigdy nie będzie miała nic wspólnego z moim majątkiem.

— Czyli moglibyśmy się pobrać.

— Możliwe.

Schował twarz w dłoniach.

— Boże.

— Właśnie tego nie rozumiesz. Nie musiałeś mną sterować.

— Bałem się.

— Wiem.

— Naprawdę cię kocham.

— Wiem.

— To może…

— Nie.

Podniósł głowę.

— Nawet po tym, co właśnie zrobiłem? Wyrzuciłem ich.

— Nie wyrzuciłeś ich dla mnie. Pierwszy raz powiedziałeś im to, co powinieneś był powiedzieć kilka miesięcy temu.

— Mogę się zmienić.

— Możesz.

— To dlaczego nie dasz mi szansy?

Patrzyłam na niego długo.

— Bo twoja zmiana nie może odbywać się moim kosztem.

— Co to znaczy?

— Gdybym teraz została, przez następne miesiące sprawdzałabym każdy dokument. Każdą rozmowę z twoją matką. Każde pytanie o pieniądze. Kiedy wzięłabyś mój telefon, zastanawiałabym się, czy czegoś nie wysyłasz. Gdyby twój ojciec poprosił cię o przysługę, zastanawiałabym się, czy mi o niej powiedziałeś. To nie jest małżeństwo.

— Zaufanie można odbudować.

— Można.

— Więc?

— Ale ja nie mam obowiązku sprawdzać, czy nam się uda.

Zacisnął usta.

— Czyli wszystko przekreślone.

— Nie. Wszystko miało znaczenie. Dlatego tak boli.

Tego dnia zabrał resztę rzeczy.

Wieczorem schowałam zdjęcie ślubne do szuflady.

Nie wyrzuciłam.

Jeszcze nie byłam gotowa.

W następnym tygodniu wydarzyła się rzecz, której się nie spodziewałam.

Napisał Henryk.

Nie zadzwonił.

Wysłał SMS.

„Chcę przeprosić za sposób, w jaki potraktowaliśmy sprawę. Nie oczekuję odpowiedzi. Doradca został poinformowany, że pani nieruchomość nie jest i nie będzie częścią żadnego zabezpieczenia”.

Przeczytałam wiadomość kilka razy.

Nie wiedziałam, czy przepraszał naprawdę, czy tylko chciał zamknąć ryzyko konfliktu.

Nie miało to znaczenia.

Odpisałam:

„Dziękuję za potwierdzenie”.

Nic więcej.

Lidia nie przeprosiła nigdy.

Za to po miesiącu dowiedziałam się od Marii, że Grabowscy wystawili na sprzedaż jedną z działek.

Czyli rozwiązanie istniało.

Po prostu wcześniej woleli moje.

Firma Henryka przetrwała, choć w dużo mniejszej skali.

Sprzedał część sprzętu, zakończył dwa nierentowne kontrakty i zwolnił kilku pracowników.

Domu nie stracili.

Okazało się, że wizja katastrofy, którą tak długo przedstawiali Wiktorowi, była przesadzona.

Katastrofą miało być dla nich głównie obniżenie standardu życia.

Tamara musiała zacząć sama opłacać cały czynsz za salon.

Podobno przez kilka tygodni była wściekła na wszystkich.

Potem niespodziewanie napisała do mnie.

„Nie oczekuję, że mi odpiszesz. Chciałam powiedzieć, że naprawdę przepraszam. Nie tylko za widelec. Mama przez lata uczyła mnie, że żony naszych mężczyzn mają wejść do rodziny i się dopasować. Dopiero teraz widzę, jak idiotycznie to wyglądało”.

Nie zaprzyjaźniłyśmy się.

Nie miałyśmy zostać przyjaciółkami.

Ale odpisałam:

„Przyjmuję przeprosiny. Ja również przepraszam za policzek”.

To wystarczyło.

Rozwód nie był szybki w sensie formalnym.

Sam związek skończył się jednak tamtego dziesiątego dnia.

Wiktor nie walczył o majątek.

Nie żądał pieniędzy.

Nie próbował robić mi problemów.

Na rozprawie powiedział prawdę.

Że utraciliśmy zaufanie.

Że przed ślubem ukrył przede mną istotną sprawę dotyczącą finansów swojej rodziny i planowanej pomocy z wykorzystaniem mojego majątku.

Nie potrzebowałam robić z niego potwora.

Nie był nim.

Był człowiekiem, który za późno zrozumiał, że lojalność wobec rodziców nie może oznaczać nielojalności wobec żony.

Kilka miesięcy później spotkaliśmy się przypadkiem w kawiarni niedaleko ronda Daszyńskiego.

Byłam z koleżanką z pracy.

On sam.

Wyglądał inaczej.

Chudszy.

Spokojniejszy.

Podszedł.

— Cześć.

— Cześć.

— Mogę chwilę?

Spojrzałam na koleżankę. Poszła zamówić kawę.

Wiktor usiadł.

— Wynająłem mieszkanie na Mokotowie — powiedział.

— Dobrze.

— Zmieniłem pracę.

Tego się nie spodziewałam.

Przez lata pracował w firmie powiązanej z biznesem ojca.

— Dlaczego?

— Musiałem się odciąć.

Skinęłam głową.

— Chodzę też na terapię.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

— To dobrze.

— Pierwsze trzy spotkania opowiadałem głównie o tobie.

Uśmiechnęłam się lekko.

— Terapeutka pewnie była zachwycona.