CZĘŚĆ 1
Pięć dni po naszym ślubie siostra mojego męża uderzyła mnie metalowym widelcem w rękę, bo sięgnęłam po niewłaściwe odnóże kraba.
Najgorsze było to, że Wiktor wszystko widział.
I nie powiedział ani słowa.
Pierwszy oficjalny niedzielny obiad po ślubie odbywał się w domu jego rodziców w Konstancinie-Jeziornie. Bukiet ślubny nadal suszył się u mnie w mieszkaniu na Powiślu, a ja wciąż odruchowo mówiłam o Wiktorze „narzeczony”, po czym poprawiałam się w myślach: mąż.
Na stole stała ogromna patera z owocami morza. Kiedy wyciągnęłam rękę po jedno z odnóży kraba królewskiego, Tamara, dwudziestosiedmioletnia młodsza siostra Wiktora, uderzyła mnie widelcem w grzbiet dłoni.
Aż syknęłam.
— Nowa — rzuciła. — Najpierw starsi. Weszłaś do tej rodziny, więc wypadałoby nauczyć się zasad.
Na skórze pojawił mi się czerwony ślad.
Moja teściowa, Lidia, spokojnie zabrała z półmiska największy kawałek.
— Tamara ma rację. Jesteś z nami dopiero od kilku dni. Wszystkiego się nauczysz.
Spojrzałam na Wiktora.
Pochylił się w moją stronę.
— Sonia, proszę. Jest cała rodzina. Nie rób sceny.
To zabolało bardziej niż widelec.
Ojciec Wiktora, Henryk, nagle bardzo zainteresował się kieliszkiem koniaku. Ciotka Maria spuściła wzrok. Druga ciotka, Jolanta, miała minę, jakby właśnie dostała darmowy bilet do teatru.
Tamara wzięła dwa najdorodniejsze kawałki kraba. Jeden położyła sobie na talerzu, drugi podała matce.
Czyli nie chodziło o starszych.
Chodziło o mnie.
Odłożyłam sztućce.
— Powtórz.
Tamara uniosła brodę.
— Mówię tylko, że powinnaś znać swoje miejsce.
— A gdzie dokładnie jest moje miejsce?
Uśmiechnęła się.
I zaczęła wyliczać.
Święta miałam od teraz organizować razem z Lidią, bo „mama już się w życiu nagotowała”. Rodzice Wiktora mieli zawsze pierwszeństwo. Gdy zaczną chorować, naturalne będzie, że pomogę przy opiece, ponieważ moja „praca przy komputerze” nie może być aż tak męcząca.
W weekendy powinnam czasem przyjechać posprzątać.
Tamara, gdy będzie miała sprawy w Warszawie, nie powinna być traktowana jak gość, bo „mieszkanie brata jest również jej domem”.
Na koniec przeszła do pieniędzy.
— I nie powinnaś sama decydować o wszystkim, co zarabiacie. Mama ma większe doświadczenie. Mogłaby wam pomóc zarządzać finansami.
Zrobiło się cicho.
— Moimi finansami?
— Waszymi.
— Moje mieszkanie kupiłam przed ślubem. Moja pensja wpływa na moje konto.
Lidia westchnęła.
— Sonia, w małżeństwie nie ma „moje” i „twoje”.
Spojrzałam na Tamarę.
— Skończyłaś?
— Chcę ci tylko pomóc się dostosować.
Wstałam.
I spoliczkowałam ją.
Przy stole zapadła martwa cisza.
Tamara złapała się za policzek.
— Ty jesteś nienormalna!
Wiktor zerwał się i stanął między nami.
Lidia zaczęła krzyczeć.
— Jesteście pięć dni po ślubie!
Popatrzyłam na Tamarę.
— Ona uczyła mnie swoich zasad. Ja właśnie pokazałam jej moje.
Wtedy odezwał się Wiktor.
— Sonia, przesadziłaś.
Odwróciłam się do niego.
— Uderzyła mnie widelcem.
— Tylko cię szturchnęła.
— Widziałeś?
Zawahał się.
— Widziałem.
— I dlatego nic nie zrobiłeś?
Opuścił głos.
— Bo prosiłem cię, żebyś nie robiła sceny.
Wzięłam torebkę.
W drzwiach Lidia krzyknęła za mną, że w jej domu obowiązuje szacunek.
Odwróciłam się.
— Poślubienie Wiktora nie oznacza, że sprzedałam się jego rodzinie. Mam swoją pracę, swoje pieniądze i mieszkanie. Jeśli twoja córka jeszcze raz mnie uderzy, nie oddam. Zadzwonię na policję.
Wiktor wybiegł za mną.
Chciał, żebym wróciła i pierwsza przeprosiła Tamarę.
— Ty jesteś starsza. Bądź dojrzalsza.
Patrzyłam na niego pod żółtym światłem lampy nad garażem.
— Kiedy ona mnie atakuje, mam ustąpić, bo jestem bratową. Kiedy się bronię, mam przeprosić, bo jestem bratową. U was „bratowa” znaczy po prostu „osoba do bicia”.
Wróciłam do Warszawy Boltem za osiemdziesiąt kilka złotych.
Wiktor pojawił się wieczorem.
Nadal bardziej martwił się ciśnieniem swojej matki niż moją ręką.
Zaproponował nawet, żebyśmy rano kupili dobre ciastka, pojechali do jego rodziców i „zamknęli temat”.
Zamiast tego zaniosłam jego poduszkę do pokoju gościnnego.
— Myślisz, że chodziło o kraba — powiedziałam. — Nie chodziło. Twoja rodzina sprawdzała dzisiaj, ile pozwolę sobie zrobić.
Jego twarz stężała.
— A teraz ja sprawdzam, czy nadajesz się jeszcze na mojego męża.
Następnego ranka Lidia wysłała mi dwudziestosiedmiosekundową wiadomość głosową.
Po jej odsłuchaniu po raz pierwszy pomyślałam, że niedzielny obiad naprawdę mógł być tylko testem.
CZĘŚĆ 2
Lidia nawet nie wspomniała o widelcu.
— Sonia, emocje emocjami, ale nie możemy pozwolić, żeby rodzinne sprawy ucierpiały przez jedną sprzeczkę. W czwartek i tak mamy ważne spotkanie. Powiedz Wiktorowi, żeby przyniósł dokumenty dotyczące twojego mieszkania. Henryk musi wcześniej coś sprawdzić.
Odsłuchałam nagranie trzy razy.
Jakie dokumenty?
Jakie spotkanie?
Wiktor był pod prysznicem. Na stole leżał jego tablet, ten sam, z którego wieczorem puszczaliśmy serial.
Ekran zapalił się od nowego powiadomienia.
„Tata”.
Nie otwierałam wiadomości.
Nie musiałam.
Na podglądzie było widać pierwsze zdanie:
„Jeśli Sonia dalej będzie robiła problemy, musisz ją uspokoić przed czwartkiem. Bez jej mieszkania bank…”
Reszta znikała.
Serce zaczęło mi walić.
Gdy Wiktor wyszedł z łazienki, zapytałam:
— Co jest w czwartek?
Zamarł.
Tylko na sekundę.
Ale zobaczyłam to.
— Nic ważnego.
— Twoja matka mówi coś innego.