Złość.

Nie bezradność.

Złość.

O trzeciej nad ranem zeszłam do kuchni.

Roman już tam siedział.

Przed nim stała zimna kawa.

— Też pan nie śpi?

— Od kilku miesięcy prawie nie śpię.

Usiadłam naprzeciwko.

— Co wydarzyło się czternastego marca?

— Oficjalnie nic.

— A nieoficjalnie?

Długo milczał.

— Tego dnia Michał zażądał dostępu do dokumentów testamentowych matki.

— Po co?

— Powiedział, że przygotowuje porządkowanie majątku.

— I dał mu pan?

— Nie.

— Pokłóciliście się?

— Bardzo.

Roman przetarł twarz.

— Powiedział, że Elżbieta obiecała mu większość udziałów. Wiedziałem, że to nieprawda.

— Skąd?

— Bo testament pozostawiał mu trzydzieści procent. Reszta miała trafić do fundacji.

— Kto miał kontrolować fundację?

Roman spojrzał mi prosto w oczy.

— Ja do siedemdziesiątego piątego roku życia.

— A potem?

Jego milczenie stało się podejrzane.

— Potem zarząd miał przejść na trzyosobową radę.

— Kogo?

— Michała.

Pauza.

— I?

— Ciebie.

Pomyślałam, że źle usłyszałam.

— Mnie?

— Elżbieta wpisała cię do dokumentów trzy miesiące przed śmiercią.

Wstałam tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało.

— Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?

— Bo rada miała powstać dopiero po moim ustąpieniu. Nie miałaś wtedy żadnych praw do majątku.

— Kto był trzeci?

Roman spojrzał w stół.

— Karolina.

Poczułam, jak wszystkie elementy rozsypują się ponownie.

— Karolina?

— Elżbieta znała ją przez ciebie. Ufała jej. Karolina pomagała jej przez kilka miesięcy przy dokumentach fundacji.

Oparłam dłonie o blat.

Nagle zobaczyłam Karolinę siedzącą przy łóżku Elżbiety.

Przynosiła jej książki.

Pomagała organizować charytatywną aukcję.

Była wszędzie.

Zawsze pomocna.

Zawsze niezauważalna.

— Czy Michał wiedział o składzie rady?

— Powinien dowiedzieć się dopiero po moim ustąpieniu.

— Ale mógł zobaczyć dokumenty.

Roman skinął głową.

— Jeśli naprawdę wtedy otwierał sejf.

Wtedy zrozumiałam coś jeszcze.

— Jeśli rozwiódł się ze mną, przestawałam być rodziną. Czy wypadałam z rady?

— Nie automatycznie. Elżbieta wskazała cię imiennie.

— Czyli rozwód nie wystarczał.

— Nie.

— Musiałabym się zrzec.

Roman podniósł głowę.

— Albo umrzeć.

W kuchni zrobiło się cicho.

Nie była to groźba.

Nie musiała nią być.

Moje dwa lata poza systemem, brak adresu, brak kontaktu z rodziną, zniknięcie z życia społecznego nagle nabrały innego znaczenia.

— Dlatego mówili panu, że nie żyję.

— Być może.

— Gdyby uznano mnie za zmarłą…

— Miejsce w przyszłej radzie zostałoby obsadzone zgodnie z zapisem rezerwowym.

— Przez kogo?

Roman odpowiedział:

— Przez osobę wskazaną większością głosów pozostałych członków.

Michał i Karolina.

Dwójka ludzi, którzy po moim zniknięciu kontrolowaliby wybór trzeciego.

Idealnie.

Usiadłam.

— Elżbieta wiedziała.

— Podejrzewała.

— I dlatego powiedziała mi o podpisach.

Roman kiwnął głową.

— Prawdopodobnie chciała cię ostrzec.

— A ja pomyślałam, że majaczy.

Słowa bolały.

Pamiętałam jej dłonie.

Cienkie.

Zimne.

Ten dziwny nacisk palców, kiedy mówiła:

„Nie wszystko, co podpisane, jest prawdą.”

Zignorowałam jedyną osobę, która próbowała mnie przygotować.

Roman wstał.

— Jutro porozmawiamy z Michałem.

— Nie.

— Musimy.

— Nie teraz.

Spojrzał zaskoczony.

— Dlaczego?

— Jeśli naprawdę nie wie wszystkiego, ostrzeżemy Karolinę.

— A jeśli wie?

— Wtedy tym bardziej.

Pierwszy raz od początku tej nocy Roman patrzył na mnie nie jak na ofiarę.

Jak na kogoś, kto myśli.

— Co proponujesz?

— Żebyśmy zachowywali się tak, jakby mnie pan nie znalazł.

— Karolina może już wiedzieć.

— Nie mamy pewności.

— A Sebastian?

— On chce, żebyśmy zapytali Michała o czternasty marca. Nie napisał „uciekajcie”. Nie napisał, że Michał jest winny.

Roman zmrużył oczy.

— Sugerujesz, że Sebastian próbuje nam coś przekazać.

— Albo nami manipuluje.

— Więc co?

Spojrzałam na niego.

— Chcę zobaczyć Michała, zanim Michał zobaczy mnie.

Następnego dnia Joanna zorganizowała wszystko.

Michał miał spotkanie w siedzibie grupy przy ulicy Mogilskiej. Roman wezwał go pod pretekstem rozmowy o sprzedaży aktywów.

Ja miałam obserwować przez kamerę z sąsiedniego pokoju.

Nie wiedziałam, czy jestem gotowa.

Dwie godziny wcześniej siedziałam przed lustrem, a gospodyni delikatnie poprawiała mi włosy.

Nie chciałam wyglądać pięknie.

Chciałam wyglądać jak ja.

Jak kobieta, której Michał nie zdołał do końca wymazać.

Gdy wszedł do gabinetu Romana, przez moment przestałam oddychać.

Był prawie taki sam.

Może trochę szczuplejszy.

Drogi granatowy garnitur. Zegarek, który dostał ode mnie na trzydzieste piąte urodziny.

Nadal go nosił.

To zabolało w sposób tak absurdalny, że prawie się roześmiałam.

Michał usiadł bez pytania.

— O co chodzi, tato?

Roman udawał spokój.

— O audyt.

Michał przewrócił oczami.

— Znowu?

— Znalazłem kilka rzeczy.

— W każdej firmie tej wielkości znajdziesz rzeczy.

— Dokumenty na nazwisko Anny.

Michał znieruchomiał.

Tylko na sekundę.

Ale zauważyłam.

— Jakie dokumenty?

— Pełnomocnictwa. Transfery udziałów.

— Anna podpisywała masę rzeczy, kiedy byli małżeństwem.

— Byliście.

— Co?

— Powiedziałeś „byli małżeństwem”. Jakbyś mówił o kimś innym.

Michał oparł się na krześle.

— Minęły dwa lata.

— Wiesz, gdzie jest?

Pauza.

— Nie.

— Nie interesowało cię?

— Po tym, co zrobiła?

Poczułam znajome ukłucie.

Roman zachował twarz.