— Marek pracuje dla mnie od dwudziestu lat.

— Karolina była moją najlepszą przyjaciółką przez siedem.

Nie odpowiedział.

Joanna podeszła do okna.

— Od tej chwili musimy założyć, że przeciwnik zna przynajmniej część naszych ruchów.

— Przeciwnik — powtórzyłam. — Piękne słowo.

— Lepsze niż „rodzina”.

Roman drgnął.

Było mi go prawie żal.

Prawie.

— Chcę zobaczyć miejsce włamania.

Sejf znajdował się w bibliotece na piętrze, za ruchomym panelem w zabudowie.

Drzwi nie były wyważone.

Zamek nie nosił śladów uszkodzeń.

Roman przesunął palcem po klawiaturze.

— Ktoś znał kod.

— Sebastian?

— Znał kod awaryjny.

— A Michał?

Roman zatrzymał rękę.

— Dawny.

— Mógł działać?

— Zmieniłem go pół roku temu.

Joanna kucnęła obok sejfu.

— Kamera?

— System zarejestrował przerwę od dziewiętnastej dwanaście do dziewiętnastej dwadzieścia siedem.

— Czyli ktoś wyłączył monitoring.

Poczułam znajomy niepokój.

Nie ten dzisiejszy.

Starszy.

— O której Michał zwykle przyjeżdżał tutaj, kiedy byliśmy małżeństwem?

Roman spojrzał na mnie.

— Co?

— Pamiętam, że często przyjeżdżał w środy wieczorem. Mówił, że gracie w szachy.

Roman zmarszczył brwi.

— Nie graliśmy.

Świat jakby na moment stanął.

— Co?

— Michał rzadko grywa w szachy. Owszem, przyjeżdżał czasem, ale zwykle tylko po dokumenty.

Pamięć odtworzyła się z brutalną dokładnością.

Każda środa.

Michał wracał późno.

„Ojciec znowu mnie ograł.”

Czasami śmiał się nawet z własnego rzekomego wyniku.

Kolejne kłamstwo, które przez lata leżało przede mną i wyglądało jak zwykły wieczór.

— Co przechowywał pan wtedy w sejfie?

Roman spoważniał.

— Umowy spółek. Dokumenty rodzinne. Testament. Nośniki z kopiami danych.

Joanna spojrzała na niego ostro.

— Czy Michał mógł mieć do nich dostęp?

— Nie powinien.

— Ale przyjeżdżał tu wtedy, kiedy pańska żona jeszcze żyła?

Roman powoli skinął głową.

— Tak.

Wspomnienie pani Elżbiety przyszło niespodziewanie.

Matka Michała zmarła trzy lata przed naszym rozwodem.

Cicha, elegancka kobieta. Zupełne przeciwieństwo Romana.

Była jedną z niewielu osób, przy których nigdy nie czułam się oceniana.

Miesiąc przed śmiercią poprosiła mnie kiedyś, żebym została po kolacji.

Michał wyszedł już do samochodu.

Roman odebrał telefon w gabinecie.

Elżbieta ścisnęła wtedy moją dłoń.

„Aniu, gdyby kiedyś w tej rodzinie zaczęli ci mówić, że sobie coś wyobrażasz, pamiętaj, że nie wszystko, co podpisane, jest prawdą.”

Uznałam, że leki przeciwbólowe powodują dezorientację.

Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam.

Teraz poczułam mrowienie w karku.

— Roman.

— Tak?

— Pańska żona coś wiedziała.

Jego twarz stężała.

Powtórzyłam jej słowa.

Przez chwilę myślałam, że Roman się przewróci.

Usiadł ciężko na fotelu.

— Elżbieta powiedziała ci to?

— Tak.

— Kiedy?

— Miesiąc przed śmiercią.

Roman zasłonił usta dłonią.

Joanna przyglądała mu się uważnie.

— Co to znaczy? — zapytałam.

Roman nie odpowiedział.

— Co ona wiedziała?

— Rok przed śmiercią podejrzewała, że ktoś fałszuje podpisy na dokumentach fundacji rodzinnej.

— Kto?

— Nie powiedziała.

— Dlaczego?

— Bo powiedziałem jej, że przesadza.

W jego głosie pojawiło się coś gorszego niż żal.

Wstyd człowieka, który zrozumiał, że nie uwierzył właściwej osobie.

— Później zachorowała — dodał. — Sprawa ucichła.

— A pan ją zostawił?

— Nie.

Uderzył pięścią w oparcie.

— Byłem przy niej każdego dnia.

— Nie o chorobę pytam.

Roman zamknął oczy.

— Tak. Zostawiłem tę sprawę.

Joanna wróciła do laptopa.

— Fundacja rodzinna może być kluczowa. Jeśli proceder zaczął się wcześniej niż rozwód Anny, to znaczy, że Anna nie była celem od początku.

— Byłam narzędziem.

— Tak.

To słowo powinno mnie zaboleć.

Paradoksalnie przyniosło ulgę.

Bo jeśli byłam narzędziem, mój upadek nie wynikał z tego, że okazałam się niewystarczająca.

Ktoś potrzebował mojego podpisu.

Mojego nazwiska.

Mojej wiarygodności.

I potem mojego milczenia.

Telefon Romana zawibrował.

Wiadomość.

Przeczytał.

— Od Sebastiana.

Joanna natychmiast podeszła bliżej.

— Co napisał?

Roman odczytał:

— „Nie mogę wrócić. Nie szukajcie mnie. Zrobiłem to, bo nie miałem wyboru.”

— Oryginał? — zapytałam.

Roman odpisał.

Po chwili przyszła kolejna wiadomość.

Tym razem tylko zdjęcie.

Na fotografii leżała koperta.

Obok pendrive.

I kartka z jednym zdaniem:

„Zapytaj Michała o 14 marca.”

— Co było 14 marca? — spytała Joanna.

Roman pobladł.

— Rocznica śmierci Elżbiety.

Nie odezwałam się.

Coś jednak nie pasowało.

— Którego roku?

Roman podał datę.

Policzyłam w myślach.

— To było sześć tygodni przed moim rozwodem.

Joanna spojrzała na mnie.

— Dokładnie.

Tej nocy nie spałam.

Roman kazał przygotować dla mnie pokój gościnny na końcu korytarza.

Gdy zobaczyłam łóżko, czystą pościel i łazienkę większą niż ostatnie miejsce, w którym legalnie mieszkałam, poczułam absurdalny lęk.

Przez dwa lata nauczyłam się spać czujnie.

Miękki materac wydawał się pułapką.

Stałam pod prysznicem tak długo, aż gorąca woda zaczęła szczypać skórę.

Brud spływał do odpływu.

Tylko nie upokorzenie.

Tego nie dało się zmyć.

Gospodyni zostawiła mi ubrania. Proste spodnie, sweter, bieliznę, buty.

Wszystko nowe.

Kiedy zobaczyłam siebie w lustrze, bez warstw kurzu i zimowego zaniedbania, prawie nie poznałam własnej twarzy.

Byłam chudsza.

Starsza.

Ale w oczach pojawiło się coś, czego nie widziałam od dawna.