— Jeszcze tydzień temu powiedziałbym: tak.

— A teraz?

Samochód skręcił w boczną ulicę.

Roman wyjął telefon i otworzył zdjęcie.

Przedstawiało Karolinę wychodzącą z biurowca Krajewskich. Nie trzymała Michała za rękę.

Szła obok mężczyzny, którego znałam.

Mecenas Paweł Radecki.

Prawnik, który reprezentował mnie podczas rozwodu.

— To niemożliwe.

Roman przesunął palcem.

Drugie zdjęcie.

Karolina wręczała Radeckiemu teczkę.

Trzecie.

Pocałunek.

Poczułam mdłości.

— To jeszcze nie wszystko — powiedział Roman.

Na ekranie pojawił się skan wiadomości wysłanej dwa dni przed moim rozwodem.

Od Karoliny do Radeckiego.

„Jeśli Anna podpisze ostatnią stronę, Michał nigdy się nie dowie, co naprawdę przenieśliśmy.”

Podniosłam wzrok.

— Michał… nie wiedział?

Roman spojrzał na mnie z ponurą twarzą.

— Tego właśnie musimy się dowiedzieć.

W tej samej chwili jego telefon zadzwonił.

Spojrzał na ekran i zesztywniał.

— Co?

Przyłożył urządzenie do ucha.

Przez kilka sekund słuchał.

Potem jego twarz całkowicie straciła kolor.

— Kiedy?

Rozłączył się i spojrzał na mnie.

— Ktoś włamał się do mojego sejfu.

— Co było w środku?

Roman przełknął ślinę.

— Oryginał dokumentu z twoim podpisem.

Zamilkł.

— I nagranie, na którym Karolina mówi, dlaczego musiałaś zniknąć.

CZĘŚĆ 3

Samochód gwałtownie przyspieszył.

Przez kilka sekund nie potrafiłam wykrztusić ani słowa. Patrzyłam na Romana, próbując ustalić, czy dobrze usłyszałam.

— „Musiałam zniknąć”?

Nie poprawił mnie.

Nie powiedział, że źle zrozumiałam.

Jego milczenie było pierwszą odpowiedzią.

— Co dokładnie powiedziała?

— Nie wszystko słyszałem wyraźnie.

— Ale coś pan słyszał.

— Tak.

— Więc proszę przestać mnie chronić.

Odwrócił wzrok ku szybie.

Kraków mijał nas smugami świateł.

— Na nagraniu Karolina powiedziała Radeckiemu, że dopóki jesteś dostępna, stanowisz ryzyko. Że możesz zacząć zadawać pytania dotyczące dokumentów.

— Jakich dokumentów? Przecież niczego nie wiedziałam.

— Oni nie mogli być tego pewni.

— „Oni”?

Roman zacisnął palce.

— Właśnie dlatego cię znalazłem. Nie wiem już, ilu ludzi było w to zamieszanych.

Zaśmiałam się gorzko.

— Cudownie. Dwa lata spałam po noclegowniach i klatkach schodowych, przekonana, że jestem idiotką, która straciła kontrolę nad własnym życiem. Teraz dowiaduję się, że być może ktoś dopilnował, żebym tę kontrolę straciła.

— Anna…

— Nie.

Podniosłam rękę.

— Żadnego „Anna”. Niech pan mówi konkretnie.

Roman długo patrzył mi w oczy.

— Po rozwodzie próbowałaś wynająć mieszkanie na Prądniku.

Poczułam ucisk w piersi.

— Skąd pan wie?

— W aktach znalazłem raport.

— Jaki raport?

— Ktoś śledził twoją sytuację.

Zamarłam.

W pamięci wróciła mi scena sprzed prawie dwóch lat.

Mała kawalerka.

Agent nieruchomości, który jeszcze rano zapewniał, że umowa jest gotowa.

A potem telefon.

Nagła zmiana tonu.

„Przykro mi, właściciel jednak wybrał innego najemcę.”

To samo wydarzyło się trzy razy.

Później przyszła praca w biurze architektonicznym. Dwa etapy rozmów. Prawie podpisana umowa.

Następnego dnia wiadomość:

„Po dodatkowej weryfikacji nie możemy kontynuować rekrutacji.”

Myślałam, że Michał rozsiewał plotki.

Potem zaczęłam myśleć, że po prostu jestem beznadziejna.

Najłatwiej złamać człowieka, jeśli przekona się go, że sam jest winny własnego upadku.

— Kto mnie śledził?

— Nazwiska nie było.

— To co było?

— Daty. Adresy. Krótkie notatki. „Brak stałej pracy”. „Nowy adres”. „Kontakt z bankiem”. „Próba zatrudnienia”. Jak raport z obserwacji.

Zacisnęłam dłonie.

— I pan znalazł to teraz?

Roman skinął głową.

— Dwa miesiące temu zacząłem audyt wewnętrzny w grupie. Michał sprzeciwiał się od początku. Twierdził, że niepotrzebnie komplikuję sytuację przed planowaną sprzedażą części aktywów.

— Sprzedażą komu?

— Zagranicznemu funduszowi.

— I wtedy znalazł pan dokumenty na moje nazwisko?

— Nie od razu. Najpierw zobaczyłem przelewy między spółkami. Potem jedną transakcję, która nie miała ekonomicznego sensu. Udziały kupiono od osoby prywatnej, następnie po tygodniu sprzedano po wielokrotnie wyższej cenie.

— Ode mnie.

— Formalnie.

Poczułam narastające mdłości.

— Ile?

Roman zawahał się.

— Cztery miliony osiemset tysięcy złotych.

Roześmiałam się.

Nie dlatego, że było zabawnie.

Śmiech wydostał się ze mnie sam, suchy i prawie bezgłośny.

— Cztery miliony osiemset tysięcy.

Spojrzałam na swoje obdarte rękawy.

— W zeszłym tygodniu liczyłam monety, żeby kupić bułkę i herbatę.

Roman opuścił wzrok.

— Wiem.

— Nie. Pan nie wie.

Pierwszy raz podniosłam głos.

Kierowca zerknął w lusterko.

— Pan nie wie, jak wygląda noc, kiedy człowiek musi zdecydować, czy wydać ostatnie dwanaście złotych na jedzenie, czy zostawić je na autobus do noclegowni. Nie wie pan, jak to jest, kiedy ktoś patrzy na pana z obrzydzeniem, bo nie pachnie pan jak reszta ludzi. Nie wie pan, jak szybko przestają istnieć znajomi, kiedy nie ma się już adresu.

Roman siedział nieruchomo.

— Nie wiem — powiedział w końcu. — I nie będę udawał, że wiem.

To odebrało mi kolejną przygotowaną odpowiedź.

Nie przepraszał teatralnie. Nie próbował robić z siebie dobrego człowieka.

Po prostu przyjął cios.

— Dlaczego wtedy pan do mnie nie zadzwonił?

— Po rozwodzie?

— Tak.

Na jego twarzy pojawił się wstyd.

— Michał powiedział mi, że zdradzałaś go przez ponad rok.

Patrzyłam na niego w milczeniu.

— Co?

— Pokazał mi wiadomości.