— Jakie wiadomości?

— Z numeru zapisanego jako „Tomek”. Były… jednoznaczne.

Zrobiło mi się słabo.

— Nigdy nie znałam żadnego Tomka.

— Dziś wiem.

— A wtedy?

— Wtedy uwierzyłem synowi.

Roman zaczął mówić szybciej, jakby słowa same stały się oskarżeniem.

— Powiedział, że pieniądze znikały ze wspólnego konta. Że wyprowadzałaś je na własne potrzeby. Później Karolina potwierdziła, że od miesięcy zachowywałaś się dziwnie.

Poczułam, jak coś we mnie twardnieje.

Karolina.

Oczywiście.

To ona wiedziała najwięcej.

Znała moje hasła, zwyczaje, lęki. Wiedziała, kiedy jestem sama. Znała kod do telefonu, bo kiedyś, podczas wakacji, podałam jej go, żeby mogła robić zdjęcia.

To ona była przy mnie, gdy małżeństwo zaczęło się rozpadać.

To ona za każdym razem przekonywała mnie, żebym nie konfrontowała Michała.

„Daj mu przestrzeń.”

„Mężczyźni czasem potrzebują czasu.”

„Nie naciskaj.”

Była moim lekarstwem i trucizną jednocześnie.

Samochód wjechał przez wysoką bramę.

Dopiero wtedy zauważyłam, gdzie jesteśmy.

Rezydencja Krajewskich pod Wieliczką.

Byłam tu dziesiątki razy.

Święta.

Urodziny.

Letnie kolacje przy basenie.

Dom wyglądał dokładnie tak samo: jasna elewacja, szerokie okna, kamienne schody.

Tylko ja nie byłam tą samą osobą.

Kierowca otworzył drzwi.

Nie wysiadłam.

Roman odwrócił się.

— Co się stało?

— Jeśli Michał tu jest, nie wejdę.

— Nie ma go.

— Karolina?

— Też nie.

— Kto jest?

— Ochrona. Moja gospodyni. I człowiek, któremu ufam.

— Jeszcze dziś ufał pan ludziom na tyle, żeby ktoś włamał się do sejfu.

Roman westchnął.

— Masz rację.

Pierwszy raz powiedział „masz”, nie „ma pani”.

Jak dawniej.

Zabolało bardziej, niż powinno.

Weszłam do środka.

W holu pachniało drewnem i drogimi świecami.

Przez moment zobaczyłam siebie sprzed lat: stojącą przy tych samych schodach w granatowej sukience, z kieliszkiem prosecco w dłoni, śmiejącą się z czegoś, co powiedział Michał.

Odwróciłam wzrok.

Roman zaprowadził mnie do gabinetu.

Przy stole czekała kobieta około pięćdziesiątki, krótko ostrzyżona, ubrana w czarny garnitur.

— To mecenas Joanna Wysocka — powiedział Roman. — Zewnętrzna prawniczka. Nie pracuje dla grupy.

Joanna podniosła się.

Przez moment jej profesjonalna maska pękła, gdy mnie zobaczyła.

— Pani Anna?

— Jeszcze żywa.

Nie skomentowała.

Wyciągnęła krzesło.

— Proszę usiąść.

Nie usiadłam.

— Najpierw chcę wiedzieć, dlaczego mój własny prawnik współpracował z Karoliną.

Joanna spojrzała na Romana.

— Możemy jej powiedzieć wszystko?

— Musimy.

Prawniczka otworzyła laptop.

— Paweł Radecki reprezentował panią w rozwodzie, ale od kilku lat obsługiwał także jedną ze spółek związanych z grupą Krajewski Development.

— Konflikt interesów.

— Tak.

— Dlaczego nikt tego nie zauważył?

— Bo formalnie klientem spółki nie był Radecki, tylko kancelaria jego wspólnika. Umowy przechodziły przez kilka podmiotów.

Poczułam gorzki smak w ustach.

— Czyli od początku nie miałam prawnika.

— Najprawdopodobniej nie.

— Miałam człowieka Michała.

Joanna zawahała się.

— Tego jeszcze nie możemy stwierdzić.

Uderzyłam dłonią w oparcie krzesła.

— Wszyscy powtarzacie to samo. „Nie wiemy, czy Michał wiedział”. „Nie możemy stwierdzić”. To on chciał rozwodu. To on poślubił Karolinę. To jego firma dostała pieniądze. Ile jeszcze potrzeba?

Roman podszedł do barku, nalał sobie wody.

— Jest jedna rzecz, która nie pasuje.

Spojrzałam na niego.

— Jaka?

— Michał nie zyskał na transakcjach tyle, ile nam się początkowo wydawało.

— Co to znaczy?

Joanna obróciła laptop w moją stronę.

Na ekranie widniał schemat kilkunastu spółek połączonych liniami.

— Pieniądze przechodziły przez spółkę kontrolowaną przez Michała — wyjaśniła. — Ale później większość została wytransferowana.

— Dokąd?

— Do funduszu inwestycyjnego zarejestrowanego w Luksemburgu.

— Czyjego?

— Beneficjent jest ukryty.

— Karolina?

— Możliwe.

— Radecki?

— Też możliwe.

— Michał?

— Również.

Pokręciłam głową.

— To nie jest odpowiedź.

— Wiem.

Joanna kliknęła kolejną zakładkę.

— Dlatego ważniejszy jest inny dokument.

Pojawił się skan.

Rozpoznałam nagłówek kancelarii Radeckiego.

— To pełnomocnictwo — powiedziała. — Daje prawo do reprezentowania pani w sprawach majątkowych.

— Nigdy go nie podpisywałam.

— Podpis jest bardzo podobny.

— Podrobiony.

— Prawdopodobnie.

— „Prawdopodobnie”?

Joanna uniosła dłoń.

— Żeby to udowodnić, potrzebujemy ekspertyzy grafologicznej i oryginału. Ten zniknął dziś z sejfu.

— Kto wiedział, że tam był?

Roman odpowiedział natychmiast:

— Ja, Joanna i mój asystent.

— Michał?

— Nie powinien.

— Karolina?

— Nie.

— Więc ktoś z was powiedział.

Zapadła cisza.

Joanna nie obraziła się.

— Także biorę to pod uwagę.

Spojrzałam na Romana.

— Gdzie jest pański asystent?

— Sebastian?

Roman wyjął telefon.

Wybrał numer.

Czekaliśmy.

Po kilku sygnałach poczta głosowa.

Spróbował ponownie.

To samo.

Joanna zamknęła laptop.

— Kiedy ostatnio pan z nim rozmawiał?

— O siedemnastej trzydzieści.

— O sejfie?

— Tak.

Popatrzyliśmy po sobie.

— Powiedział mu pan, że nagranie jest w środku? — zapytałam.

Roman milczał o sekundę za długo.

— Tak.

Poczułam falę gniewu.

— Więc nie tylko Karolina wiedziała, że żyję. Teraz ktoś wie, że pan mnie znalazł.

— Niekoniecznie.

— Pan pojechał pod most sam?

— Z kierowcą.

— Kierowca wie, kogo zabrał.

Roman potarł skroń.