Żywa, uśmiechnięta.

Trzymała na rękach noworodka.

Odwróciłam zdjęcie.

Na odwrocie zapisano datę.

Cztery lata i siedem miesięcy wcześniej.

Hania miała cztery lata.

Moje kolana ugięły się pode mną.

— Nie — wyszeptałam.

Wiktor podniósł fotografię.

Spojrzał na dziecko.

Potem na Hanię.

— Marta…

— Nie.

Wiedziałam, co pomyślał.

Ale to było niemożliwe.

Ja urodziłam Hanię.

Pamiętałam ciążę.

Szpital.

Poród.

Pierwszy krzyk, którego ona sama później przestała słyszeć.

Fotografia musiała przedstawiać inne dziecko.

Na dole zdjęcia zauważyłam jednak fragment szpitalnej opaski.

Dało się odczytać nazwisko.

BOROWSKA.

Radecki znalazł moją matkę w piwnicy.

Była przytomna.

Ktoś zamknął ją od zewnątrz.

Kiedy mnie zobaczyła, zaczęła płakać.

— Mamo, kto tu był?

— Mężczyzna.

— Jaki?

— Nie widziałam twarzy.

— Zabrał pudełko?

Skinęła głową.

— Pytał też o Hanię.

Objęłam córkę mocniej.

— Co powiedziałaś?

Matka spojrzała na mnie z takim bólem, że natychmiast wiedziałam, iż przede mną coś ukrywa.

— Mamo.

— Marta, są rzeczy…

— Nie teraz. Nie rób mi tego teraz.

Pokazałam fotografię.

Cała krew odpłynęła jej z twarzy.

— Skąd to masz?

— Leżało na strychu.

— Spal to.

— Kim jest dziecko?

— Nie wiem.

— Kłamiesz.

— Marta…

— Kim jest dziecko?!

Hania rozpłakała się.

Nie słyszała własnego płaczu tak jak my, ale czuła napięcie.

Przytuliłam ją.

Matka usiadła.

— Katarzyna była w ciąży.

Świat zatrzymał się po raz drugi tej nocy.

— Nigdy mi nie powiedziała.

— Nikomu prawie nie powiedziała.

— Urodziła?

Matka spojrzała na Hanię.

Zrozumiałam.

I natychmiast odrzuciłam tę myśl.

— Nie.

— Posłuchaj.

— Powiedziałam: nie.

— Twoja ciąża…

— Byłam w ciąży!

— Byłaś.

To mnie zatrzymało.

— Co?

Matka płakała.

— Straciłaś dziecko.

Nie mogłam oddychać.

— Nie.

— W siódmym miesiącu.

— Pamiętałabym.

— Właśnie tego się bałyśmy.

Wiktor patrzył na nią z niedowierzaniem.

— Co jej zrobiono?

Matka zacisnęła dłonie.

— Marta miała wypadek.

Obraz błysnął mi przed oczami.

Światła samochodu.

Deszcz.

Szpital.

Potem pustka.

W moich wspomnieniach ciąża kończyła się porodem Hani.

Ale między siódmym a dziewiątym miesiącem zawsze istniała mgła.

Lekarze tłumaczyli ją traumą.

— Katarzyna przywiozła cię do szpitala — mówiła matka. — Dziecka nie udało się uratować. Ty byłaś w ciężkim stanie. Lekarze utrzymywali cię w sedacji. Kilka dni później Katarzyna urodziła przedwcześnie.

Spojrzałam na Hanię.

— Dlaczego?

Jedno słowo.

Tylko tyle zdołałam powiedzieć.

— Bała się — odpowiedziała matka. — Powiedziała, że ludzie z laboratorium wiedzą o dziecku. Że jeśli zostanie jego matką oficjalnie, zabiorą je albo zabiją. Prosiła mnie o coś niewyobrażalnego.

— Żebym wychowała je jako swoje.

Matka pokiwała głową.

— Dokumenty zostały zmienione. Miała znajomego lekarza. Ty po przebudzeniu…

Nie dokończyła.

— Pozwoliliście mi wierzyć, że Hania jest moją biologiczną córką.

— Kochałaś ją od pierwszej chwili.

— To nie jest odpowiedź!

— Katarzyna miała plan powiedzieć ci prawdę.

— Kiedy?

Matka zaczęła szlochać.

— Kiedy będzie bezpiecznie.

Pięć lat kłamstwa pękło we mnie naraz.

Patrzyłam na Hanię.

Nic się nie zmieniło.

Była moją córką.

Nie potrzebowałam krwi ani dokumentów, żeby to wiedzieć.

Ale gdzieś pod miłością pojawiło się przerażające pytanie.

Kim był jej biologiczny ojciec?

Wiktor najwyraźniej pomyślał o tym samym.

— Czy Katarzyna powiedziała, kto był ojcem?

Matka spojrzała na niego.

I wtedy zobaczyłam w jej oczach rozpoznanie.

— Ty jesteś Wołkowski.

Wiktor zesztywniał.

— Tak.

Matka pobladła jeszcze bardziej.

— Boże.

— Co?

Nie odpowiedziała.

— Mamo — powiedziałam.

Jej wzrok powędrował do fotografii.

— To nie Wiktor.

— Co nie Wiktor?

— Ojcem nie był Wiktor.

Wiktor zrobił krok bliżej.

— Więc kto?

— Aleksander.

Cisza była absolutna.

Brat Wiktora.

Martwy Aleksander.

Hania była jego córką.

Wiktor oparł się o stół.

W jego twarzy pojawiło się coś, czego nie potrafiłam nazwać.

— Wiedział?

— Tak — odpowiedziała matka. — Katarzyna powiedziała mu przed porodem.

Nagle wszystko zaczynało układać się w potworną całość.

Aleksander znał moje imię.

Pilnował Katarzyny.

Badał Mediterę.

Zostawił wiadomość dla Wiktora.

Znajdź Martę, zanim oni znajdą ją pierwsi.

Nie chodziło o mnie.

Chodziło o Hanię.

Telefon Radeckiego zadzwonił.

Odebrał.

Jego twarz zmieniła się niemal natychmiast.

— Powtórz.

Słuchał przez kilka sekund.

— Zamknijcie wszystkie wyjazdy.

Rozłączył się.

— Co się stało? — zapytał Wiktor.

— Profesor Bielecka zniknęła.

— Jak?

— Dwóch ludzi, których z nią wysłałem, znaleziono nieprzytomnych na parkingu. Laboratorium zostało przeszukane.

— Wyniki?

— Serwer wyczyszczony.

Spojrzałam na Hanię.

— Musimy uciekać.

Wiktor pokręcił głową.

— Nie.

— Chcą mojego dziecka.

— Właśnie dlatego ucieczka niczego nie rozwiąże.

— Pan może sobie prowadzić swoją wojnę. Ja zabieram Hanię.

— Dokąd?

Nie odpowiedziałam.

— Do hotelu? Na policję? Na dworzec? Ludzie, którzy potrafili zmienić dokumentację medyczną i przez lata ukrywać badania, znajdą was.

Nienawidziłam tego, że miał rację.

— Więc co?

Wiktor spojrzał na fotografię Aleksandra.

— Dowiemy się, dlaczego tak bardzo jej potrzebują.

Odpowiedź przyszła szybciej, niż chcieliśmy.

Profesor Bielecka zadzwoniła sama pół godziny później.

Szeptała.