Teraz siedział nieruchomo.
Na ekranie laptopa zatrzymana twarz doktora Majewskiego wyglądała niemal niewinnie.
Człowiek około pięćdziesiątki. Siwiejące włosy. Okulary w cienkich oprawkach. Spokojny uśmiech, który znałam z każdej jego wizyty.
Lekarz rodzinny Wołkowskich od jedenastu lat.
Człowiek, któremu Wiktor powierzał własne życie.
— Puść dalej — powiedział wreszcie.
Radecki kliknął.
Nagranie nie miało dźwięku.
Ale obraz wystarczył.
Aleksander coś mówił. Majewski odpowiadał. Rozmowa stawała się coraz gwałtowniejsza. W pewnym momencie Aleksander wyjął kopertę i rzucił ją na stół.
Majewski nawet jej nie otworzył.
Po prostu wstał.
Pochylił się nad Aleksandrem.
Powiedział kilka słów.
A potem wyszedł.
Nagranie trwało jeszcze dziewięć sekund.
Aleksander został sam.
Spojrzał prosto w kamerę.
Uniósł trzy palce.
Potem wskazał szufladę komody.
Nagranie się urwało.
Wiktor odwrócił głowę.
Komoda stała trzy metry od niego.
— Marek.
Radecki natychmiast podszedł.
Otworzył pierwszą szufladę.
Pusta.
Drugą.
Dokumenty.
Trzecia była zamknięta.
Wiktor podał mu klucz ze swojego breloka.
Nie pasował.
— Rozwal ją.
Radecki spojrzał na Hanię.
— Może najpierw…
— Marta, zabierz ją do garderoby — powiedział Wiktor.
Tym razem nie protestowałam.
Nie chciałam, żeby moja córka oglądała mężczyzn wyważających meble w domu człowieka, którego pół miasta uważało za przestępcę.
Zaprowadziłam ją do sąsiedniego pomieszczenia.
Hania spojrzała na mnie.
„Zły pan?”
— Nie wiem, kochanie.
„Pan z sercem się boi”.
Przełknęłam ślinę.
— Tak.
„Nie śmierci”.
To zatrzymało mnie na moment.
— Skąd wiesz?
Hania położyła palec pod własnym okiem.
Łzy.
Potem wskazała drzwi.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że kiedy Wiktor zobaczył Majewskiego na nagraniu, w jego oczach rzeczywiście pojawiło się coś, czego wcześniej u niego nie widziałam.
Nie strach przed śmiercią.
Strach przed zdradą.
Usłyszałam trzask łamanego drewna.
Po chwili Radecki zawołał mnie z powrotem.
W szufladzie znaleźli kopertę.
Nie tę z nagrania.
Mniejszą.
Na jej froncie widniało jedno słowo:
WIKTOR.
Pismo Aleksandra.
Wiktor otworzył ją powoli.
W środku znajdowała się kartka i fotografia.
Najpierw spojrzał na zdjęcie.
Jego twarz zmieniła się.
— Co tam jest? — zapytałam.
Odwrócił fotografię.
Przedstawiała sześć osób stojących przed budynkiem jakiegoś laboratorium.
Rozpoznałam Aleksandra.
Doktora Majewskiego.
Młodszego Wiktora.
I kobietę.
Miałam wrażenie, że podłoga usuwa mi się spod nóg.
— Mamo? — odezwała się Hania, wyczuwając moje napięcie.
Kobieta na zdjęciu była moją starszą siostrą.
Katarzyną.
Nie żyła od pięciu lat.
— Skąd pan ma zdjęcie mojej siostry?
Wiktor spojrzał na mnie tak, jakby pierwszy raz naprawdę zobaczył, kim jestem.
— Jak miała na nazwisko?
— Zielińska.
— Panieńskie.
— Borowska.
Fotografia zadrżała w jego ręce.
— Katarzyna Borowska była twoją siostrą?
— Tak.
— Mówiłaś, że zginęła w wypadku.
— Bo zginęła.
Wiktor opuścił wzrok na list Aleksandra.
Czytał długo.
Potem zacisnął szczękę.
— Nie — powiedział.
— Co?
Nie odpowiedział.
Wyrwałam mu kartkę.
Nie próbował mnie zatrzymać.
Aleksander napisał zaledwie kilka zdań.
„Jeśli to czytasz, prawdopodobnie nie żyję. Nie ufaj diagnozie. Nie ufaj Majewskiemu. Trucizna nie ma cię zabić szybko. Ma sprawić, żeby twoje serce wyglądało na chore. To, co zaczęło się z Katarzyną Borowską, nigdy się nie skończyło. Znajdź Martę, zanim oni znajdą ją pierwsi.”
Przeczytałam ostatnie zdanie trzy razy.
Znajdź Martę.
Mnie.
— Dlaczego pański brat znał moje imię?
Wiktor nie odpowiedział.
— Dlaczego?!
Hania drgnęła.
Natychmiast pożałowałam krzyku.
Przyklękłam przy niej, objęłam ją i poczułam jej drobne palce zaciskające się na mojej bluzce.
Wiktor patrzył na nas długo.
— Nie wiedziałem, kim jesteś — powiedział w końcu. — Gdyby Aleksander mi powiedział…
— Co?
— Katarzyna nie zginęła w zwykłym wypadku.
Poczułam mdłości.
— Niech pan uważa.
— Marta…
— Samochód wpadł w poślizg.
— Tak brzmiał raport.
— Byłam na pogrzebie.
— Nie mówię, że ona żyje. Mówię, że jej śmierć mogła nie być wypadkiem.
Zamknęłam oczy.
Pięć lat.
Przez pięć lat próbowałam pogodzić się z tym, że Katarzyna zginęła na oblodzonej drodze pod Stargardem.
Miała trzydzieści jeden lat.
Pracowała w prywatnym laboratorium farmaceutycznym. Rzadko opowiadała o pracy. Powtarzała, że podpisywała dokumenty o poufności.
Dwa tygodnie przed śmiercią przyszła do mnie późnym wieczorem.
Pamiętałam mokre włosy, czerwony płaszcz i dłonie, które drżały, choć w mieszkaniu było ciepło.
„Gdyby coś mi się stało, dbaj o siebie” — powiedziała.
Roześmiałam się wtedy.
Zapytałam, czy ogląda za dużo kryminałów.
Następnego ranka przeprosiła mnie przez telefon.
Powiedziała, że była przemęczona.
Dziesięć dni później nie żyła.
A ja pozwoliłam sobie uwierzyć, że tamta rozmowa nic nie znaczyła.
— Jakie laboratorium? — zapytał Wiktor.
— Meditera.
Radecki zaklął.
Spojrzałam na niego.
— Co?
Wiktor odpowiedział zamiast niego.
— Laboratorium ze zdjęcia należało do Meditery.
Usiadłam.
Hania natychmiast wspięła mi się na kolana.
Nie chciałam przy niej rozmawiać o śmierci Katarzyny, ale nie miałam już dokąd uciec.
— Co łączyło pańską rodzinę z Mediterą?
Wiktor spojrzał na Radeckiego.
Ten zamknął drzwi.