— Nie było alarmu.
Zofia pobladła.
Wiktor oparł się o poręcz.
— Pokaż ręce.
— Panie Wiktorze…
— Ręce.
Podniosła je.
Były puste.
Radecki przeszukał jej kieszenie.
Znalazł klucz.
Mały mosiężny klucz.
Pasował do trzeciej szuflady komody.
Wiktor patrzył na nią bez słowa.
Zofia zaczęła płakać.
— Aleksander mi go dał.
— Kiedy?
— Przed śmiercią.
— Dlaczego nic nie powiedziałaś?
— Kazał mi milczeć.
— Przez osiem miesięcy?
— Powiedział, że jeśli coś mu się stanie, mam pilnować szuflady. Ktoś kilka tygodni temu zaczął jej szukać.
— Kto?
Zofia spojrzała na mnie.
Nie na Wiktora.
Na mnie.
— Pani siostra.
Serce mi stanęło.
— Co pani powiedziała?
— Katarzyna.
— Katarzyna nie żyje.
Zofia pokręciła głową.
— Nie powiedziałam, że ją widziałam.
Wyciągnęła spod fartucha złożoną kartkę.
— Dostałam to trzy tygodnie temu.
Podała mi ją.
Na kartce były tylko cztery słowa.
„Marta nie może pamiętać.”
Rozpoznałam pismo.
Nie mogłam oddychać.
To było pismo Katarzyny.
Profesor Bielecka przyjechała czterdzieści minut później.
Radecki wprowadził ją bocznym wejściem. Była kobietą po sześćdziesiątce, niewysoką, energiczną i wyraźnie niezadowoloną z całej sytuacji.
— Jeśli spodziewacie się, że będę uczestniczyć w gangsterskim teatrze, wychodzę — powiedziała.
Wiktor siedział w bibliotece.
— Chcę tylko wiedzieć, czym mnie trują.
— W takim razie proszę przestać mówić i dać mi próbkę.
Przekazałam jej pojemnik Hani.
Bielecka obejrzała proszek.
— Skąd?
— Z aparatu słuchowego córki.
Spojrzała na Hanię, potem na mnie.
— Dziecko miało kontakt ze skórą?
— Prawdopodobnie.
— Jak długo?
— Nie wiem.
Jej twarz stwardniała.
— Muszę ją zbadać.
Wiktor natychmiast wskazał sąsiedni gabinet.
Po kilkunastu minutach profesor wróciła.
— Dziewczynka wygląda dobrze. Ale pobiorę krew. Co do pana, panie Wołkowski, też potrzebuję próbki.
Wiktor podał rękę.
— Ile potrwa analiza?
— Jeśli zawiozę to do laboratorium, kilka godzin.
— Nie może pani wyjechać.
Profesor spojrzała na niego lodowato.
— Słucham?
— Ktoś w tym domu próbuje mnie zabić.
— To pański problem.
— Jeżeli pani wyjedzie z próbką, może stać się pani problemem.
Bielecka spojrzała na Radeckiego.
— Czy on zawsze jest tak dramatyczny?
— Dzisiaj mniej niż zwykle.
Ku mojemu zaskoczeniu profesor prawie się uśmiechnęła.
Okazało się, że miała dostęp do niewielkiego laboratorium badawczego w budynku uniwersytetu. Radecki wysłał z nią dwóch ludzi, ale Wiktor nakazał im trzymać się w odległości i nie mówić, dla kogo pracują.
Przez następne godziny dom przypominał więzienie.
Przeszukano pokoje pracowników.
Sprawdzono kamery.
Przejrzano wejścia z ostatniego miesiąca.
Majewski pojawiał się w rezydencji siedemnaście razy.
Zdecydowanie częściej, niż wynikałoby z dokumentacji medycznej.
Jeszcze bardziej niepokojące było coś innego.
Za każdym razem, gdy Majewski przyjeżdżał, przez kilka minut znikał obraz z jednej kamery w korytarzu prowadzącym do pomieszczenia, gdzie przechowywano leki.
Ktoś w ochronie mu pomagał.
Radecki zwołał swoich ludzi.
Wiktor nie pozwolił nikogo przesłuchiwać brutalnie.
— Jeszcze nie — powiedział.
To „jeszcze” wystarczyło.
O dwudziestej trzeciej profesor Bielecka zadzwoniła.
Wiktor odebrał przy mnie.
— Mam wstępne wyniki.
— Mów.
— Substancja w proszku nie jest standardowym lekiem. To zmodyfikowany związek wpływający na przewodnictwo elektryczne serca. Przy powtarzanych dawkach może wywoływać arytmię, osłabienie, omdlenia i obraz przypominający postępującą kardiomiopatię.
Zacisnęłam dłoń na oparciu krzesła.
— Czy może zabić?
Profesor spojrzała na mnie przez ekran.
— Tak.
— Czy można to odwrócić? — zapytał Wiktor.
— Być może. Zależy od dawki, czasu ekspozycji i uszkodzeń. Ale jest coś jeszcze.
Wiktor zesztywniał.
— Co?
— Ten związek ma marker laboratoryjny.
— Jaki?
— Oznaczenie eksperymentalne: MB-17.
W pokoju zrobiło się cicho.
Ja znałam te litery.
Nie wiedziałam skąd.
MB-17.
Powtórzyłam je w myślach.
I nagle zobaczyłam czerwony płaszcz Katarzyny.
Jej kuchnię.
Stos dokumentów.
Segregator.
Na grzbiecie widniało: MB-17.
— Marta?
Usłyszałam głos Wiktora jak przez wodę.
— Widziałam to.
— Gdzie?
— U Katarzyny.
Profesor milczała.
— Kiedy? — zapytał Wiktor.
— Krótko przed jej śmiercią.
I wtedy przypomniałam sobie coś jeszcze.
Katarzyna nie przyszła do mnie tamtej nocy wyłącznie po to, żeby powiedzieć, żebym na siebie uważała.
Dała mi coś.
Małe metalowe pudełko.
Powiedziała:
„Jeśli zadzwonię i poproszę o nie, wyrzuć je.”
Nigdy nie zadzwoniła.
Po jej śmierci znalazłam pudełko podczas przeprowadzki.
Było zamknięte.
Nie wiedziałam, co zawiera.
Schowałam je na strychu u matki.
— Muszę jechać — powiedziałam.
Wiktor natychmiast zrozumiał.
— Po co?
— Katarzyna zostawiła mi coś przed śmiercią.
— Gdzie?
— U mojej matki.
— Jedziemy.
— Pan nigdzie nie jedzie.
— Jeśli to dotyczy MB-17…
— Ledwo pan chodzi.
— Właśnie dlatego nie mam czasu.
Dwie godziny później samochód zatrzymał się przed niewielkim domem mojej matki pod Goleniowem.
Nie powiedziałam jej, że przyjedziemy.
Światła były zgaszone.
Drzwi wejściowe uchylone.
Poczułam ścisk w żołądku.
— Mamo?
Radecki wszedł pierwszy.
Dom był pusty.
Nie było śladów walki.
Na stole leżała filiżanka herbaty.
Jeszcze ciepła.
Telefon matki został na blacie.
Pobiegłam na strych.
Metalowego pudełka nie było.
Zamiast niego ktoś położył na starej komodzie fotografię.
Katarzyna.