Kiedy moja czteroletnia, niesłysząca córka położyła dłoń na piersi najbardziej niebezpiecznego człowieka w Szczecinie, spodziewałam się krzyku — tymczasem on spojrzał na nią z przerażeniem i wyszeptał: „Ona czuje to, czego wy wszyscy nie zauważyliście”.

CZĘŚĆ 1

W Rezydencji Kruczej obowiązywała zasada, której nie trzeba było zapisywać.

Nigdy nie otwieraj drzwi Wiktora Wołkowskiego.

Kucharze mijali wschodnie skrzydło ze spuszczonym wzrokiem. Kierowcy nie zatrzymywali się tam nawet wtedy, gdy mieli pilną wiadomość. Uzbrojeni ochroniarze, ludzie zdolni patrzeć bez mrugnięcia w lufę pistoletu, przy tych drzwiach ściszali głos.

Pielęgniarki przyjeżdżały z klinik w Warszawie, Berlinie i Zurychu.

Żadna nie zostawała długo.

— Wynoś się — warczał Wiktor, gdy próbowały poprawić mu kroplówkę. — Nie potrzebuję litości.

Jeszcze miesiąc wcześniej jego nazwisko otwierało drzwi, których oficjalnie nie było. W Szczecinie mówiono, że Wołkowski może jednym telefonem uratować człowieka przed więzieniem albo sprawić, że ktoś przestanie istnieć z miejskich rejestrów.

Potem ktoś z jego najbliższego otoczenia zatruł mu wino.

Przeżył, ale trucizna uszkodziła serce. Każdego dnia był słabszy.

Ja byłam tylko pokojówką.

Nazywałam się Marta Zielińska i tamtego deszczowego wtorku złamałam własną zasadę: przyprowadziłam do pracy córkę.

Hania miała cztery lata. Dwa nierówne warkoczyki, żółte kalosze, wysłużonego materiałowego królika i różowy aparat słuchowy za prawym uchem. Po ciężkiej infekcji jako niemowlę niemal całkowicie straciła słuch.

Opiekunka zadzwoniła o piątej rano, że jest chora. Nie miałam pieniędzy na zastępstwo.

Przykucnęłam więc przed Hanią w pomieszczeniu dla personelu i jednocześnie mówiłam oraz migałam.

— Zostajesz tutaj. Nie wychodzisz. A przede wszystkim nie idziesz długim korytarzem.

Hania pokiwała głową z powagą dorosłego człowieka.

Wytrzymała trzynaście minut.

Kiedy zauważyłam jej zniknięcie, serce niemal zatrzymało mi się ze strachu.

Pobiegłam na marmurowy korytarz.

Drzwi do sypialni Wiktora były uchylone.

Hania stała już przy jego łóżku.

Wołkowski siedział oparty o poduszki, zaciskając dłoń na piersi. Twarz miał kredowobiałą, ciemne włosy przyklejone do czoła, a oddech urywany.

— Co ty tutaj robisz? — wychrypiał.

Hania nie odpowiedziała.

Podeszła bliżej.

Zanim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać, wdrapała się na brzeg łóżka i położyła małą dłoń dokładnie nad jego sercem.

— Haniu!

Dopadłam do drzwi.

— Panie Wołkowski, przepraszam. Ona nie rozumiała…

Wiktor podniósł drżącą rękę.

— Stój.

Zamarłam.

Hania przechyliła głowę. Jej palce przesunęły się kilka centymetrów w bok. Potem spojrzała na niego i zamigała coś szybko.

Znałam ten znak.

„Dwa”.

Wiktor przykrył jej dłoń własną.

— Ona czuje to, czego wy wszyscy nie zauważyliście — wyszeptał.

Wtedy Hania wskazała jego serce, potem nocny stolik.

Na stoliku stała szklanka wody i srebrne pudełko z lekami.

Podeszła do niego, wzięła jedną tabletkę między palce, powąchała ją i gwałtownie odsunęła twarz.

Następnie zamigała do mnie:

„To samo co wcześniej”.

Poczułam zimno.

— Jakie wcześniej?

Hania wskazała różowy aparat słuchowy.

A potem na Wiktora.

Dopiero wtedy zrozumiałam.

Poprzedniego wieczoru znalazłam jej aparat na podłodze kuchni. Był pokryty białym proszkiem.

Tym samym proszkiem, który teraz osypywał się z tabletki Wiktora.

Ktoś nadal go truł.

I robił to wewnątrz domu.

CZĘŚĆ 2

Wiktor nie wezwał lekarza.

Wezwał swojego szefa ochrony.

— Zamknij bramy — powiedział.

Marek Radecki pobladł.

— Szefie?

— Nikt nie wychodzi.

Wiktor patrzył na tabletkę leżącą na stoliku, jakby była kulą wyjętą z własnej piersi.

Hania przycisnęła królika do siebie.

— Muszę ją stąd zabrać — powiedziałam.

— Nie.

Spojrzałam na niego ostro.

— Moja córka nie jest częścią pańskich spraw.

— Już jest.

Te dwa słowa przeraziły mnie bardziej niż krzyk.

Wiktor kazał przynieść wszystkie leki z ostatnich dwóch tygodni. Pudełka wyglądały identycznie. Plomby były nienaruszone.

Ktoś musiał podmieniać tabletki już po dostarczeniu ich do rezydencji.

Radecki zaczął wymieniać osoby mające dostęp: lekarz, pielęgniarki, gospodyni, on sam.

I ja.

W pokoju zapadła cisza.

Wtedy Hania pociągnęła mnie za rękaw.

Migała szybko.

„Pan z zegarkiem”.

— Jaki pan?

Dotknęła nadgarstka, pokazując duży zegarek, potem wskazała drzwi.

Radecki miał ogromny srebrny zegarek.

Jego twarz stężała.

— To absurd.

Wiktor spojrzał na niego.

Ale Hania pokręciła głową.

To nie był Radecki.

Podeszła do komody, wyciągnęła spod niej mały czarny przedmiot.

Pendrive.

Wiktor rozpoznał go natychmiast.

— To należało do mojego brata.

Zrobiło mi się słabo.

Brat Wiktora, Aleksander Wołkowski, zginął osiem miesięcy wcześniej w wypadku samochodowym.

Wiktor włożył pendrive do laptopa.

Na ekranie pojawiło się nagranie z kamery.

Data: trzy dni przed śmiercią Aleksandra.

Na filmie Aleksander siedział dokładnie w tym pokoju.

Obok niego stał mężczyzna w garniturze.

Na nadgarstku błyszczał charakterystyczny zegarek.

Kiedy mężczyzna odwrócił twarz do kamery, Wiktor przestał oddychać.

— Niemożliwe…

Znałam tę twarz również ja.

Był to doktor Tomasz Majewski.

Lekarz, który od miesiąca przekonywał wszystkich, że Wiktor umiera.

CZĘŚĆ 3

Wiktor nie poruszył się przez kilka sekund.

To było bardziej niepokojące niż jego gniew.

Widziałam go wcześniej wściekłego. Widziałam, jak jednym spojrzeniem uciszał rosłych ochroniarzy, jak rzucał szklanką o ścianę, gdy ból stawał się nie do zniesienia, i jak wyrzucał kolejnych lekarzy, kiedy próbowali mówić mu o śmierci łagodnym, zawodowym tonem.