— Dziesięć lat temu — zaczął Wiktor — mój ojciec zainwestował w kilka firm medycznych. Oficjalnie chodziło o legalizację części rodzinnego majątku. Aleksander przejął nadzór nad inwestycjami. Meditera była jedną z nich.
— A pan?
— Nie interesowałem się tym.
Parsknęłam gorzko.
— Oczywiście.
Nie zareagował.
— Cztery lata temu Aleksander zaczął podejrzewać, że ktoś wykorzystuje jedno z laboratoriów do badań, których nie było w oficjalnych dokumentach.
— Jakich badań?
— Nie wiem.
— Nie wierzę panu.
— To nie ma znaczenia.
— Dla mnie ma.
Wiktor pochylił się, ale natychmiast skrzywił z bólu.
Hania zauważyła to pierwsza.
Zsunęła się z moich kolan i podeszła do niego.
Chciałam ją zatrzymać.
Wiktor pokręcił głową.
Hania dotknęła jego nadgarstka.
Liczyła puls.
Robiła to czasem ze mną, odkąd logopeda nauczył ją rozpoznawać rytm poprzez dotyk. Dla niej świat był pełen drgań, których my nie zauważaliśmy: praca pralki przez podłogę, ciężarówka przejeżdżająca ulicą, muzyka odczuwana dłonią przyłożoną do głośnika.
Po kilkunastu sekundach zmarszczyła brwi.
„Szybko”.
— Wiem — powiedziałam.
Wiktor patrzył na nią ze zdumieniem.
— Dlaczego powiedziała wcześniej „dwa”?
Nie wiedziałam.
Poprosiłam Hanię, żeby wyjaśniła.
Dotknęła jego piersi.
Zastukała palcem dwa razy szybko.
Przerwa.
Dwa razy.
Przerwa.
Potem potrząsnęła głową.
— Czuje nieregularny rytm — powiedziałam.
Wiktor spojrzał na tabletki.
— Po nich jest gorzej?
Hania wskazała pudełko.
Potem zacisnęła pięść na piersi.
Tak.
Radecki podszedł do okna.
— Musimy zabrać cię do szpitala.
— Nie.
— Wiktor…
— Jeśli Majewski jest w to zamieszany, nie wiemy, komu ufać.
— Tutaj też ktoś podmienia leki.
— Dlatego od tej chwili nie biorę niczego, czego nie sprawdzimy.
Spojrzał na mnie.
— Masz telefon?
— Tak.
— Zadzwoń do kogoś, komu ufasz.
Roześmiałam się krótko.
— Pan naprawdę myśli, że pokojówka ma prywatnego toksykologa?
Po raz pierwszy na jego twarzy pojawił się cień czegoś niemal ludzkiego.
— Słuszna uwaga.
Radecki zaproponował profesor Annę Bielecką z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego. Nie była związana z prywatną kliniką Majewskiego. Wiktor znał ją tylko pośrednio.
— Sprowadź ją — zdecydował.
— Bez ochrony?
— Dyskretnie.
Radecki wyszedł.
W pokoju zostaliśmy we troje.
Deszcz uderzał w szyby.
Wiktor wyglądał nagle na znacznie starszego niż swoje czterdzieści dwa lata.
— Dlaczego przyjęłaś tę pracę? — zapytał.
— Potrzebowałam pieniędzy.
— Właśnie tutaj?
— Pańska gospodyni nie pytała o moje życie. Płaciliście dwa razy więcej niż hotel.
— Nie wiedziałaś, do kogo należy dom?
— Wiedziałam.
— I przyszłaś?
Spojrzałam na Hanię.
— Kiedy ma się dziecko, rachunki są bardziej przekonujące niż plotki.
Wiktor przyjął odpowiedź bez komentarza.
Po chwili Hania wyjęła z kieszeni mały plastikowy pojemnik.
Zamarłam.
— Co to jest?
Otworzyła go.
W środku znajdował się biały proszek.
— Haniu, skąd to masz?
Wskazała korytarz.
Potem kuchnię.
Przypomniałam sobie aparat.
— Zebrałaś to z aparatu?
Pokiwała głową.
Dzieci potrafią przechować rzecz, którą dorosły wyrzuciłby bez zastanowienia.
Wzięłam pojemnik.
Na jego dnie było niewiele proszku, ale być może wystarczająco do analizy.
Wiktor patrzył na Hanię.
— Twoja córka właśnie zrobiła więcej niż wszyscy moi ochroniarze.
— Moja córka nie pracuje dla pana.
— Wiem.
— I nie będzie.
— Wiem.
Ton jego głosu sprawił, że gniew trochę ze mnie opadł.
Telefon Wiktora zawibrował.
Spojrzał na ekran.
Majewski.
Włączył głośnik.
— Wiktor? — odezwał się lekarz. — Marek powiedział personelowi, że zamykacie bramy. Co się dzieje?
Radecki niczego takiego personelowi nie mówił.
Spojrzałam na Wiktora.
On również to zauważył.
— Źle się czuję — powiedział spokojnie.
— Przyjadę.
— Nie trzeba.
Krótka cisza.
— Muszę cię zbadać.
— Powiedziałem, że nie trzeba.
Majewski westchnął.
— Wiktor, twój stan jest niestabilny. Nie możesz teraz zachowywać się irracjonalnie.
Wiktor uśmiechnął się bez humoru.
— Zabawne słowo.
— Co?
— Irracjonalnie.
— Nie rozumiem.
— Przyjedź jutro.
Rozłączył się.
Trzy sekundy później zadzwonił telefon stacjonarny w pokoju.
Nikt go nie dotknął.
Potem zadzwonił drugi telefon.
Radecki wrócił gwałtownie.
— Mamy problem.
— Jaki?
— Ktoś próbował otworzyć bramę serwisową od środka.
— Kto?
— Nie wiemy. Kamera przestała działać.
Wiktor spojrzał na Hanię.
— Przenieście Martę i dziecko do bezpiecznego pokoju.
— Nie potrzebuję pańskiej…
— Aleksander napisał, żebym znalazł cię, zanim zrobią to oni. Pięć minut temu nie wiedziałem, co to znaczy. Teraz ktoś wie, że tu jesteś.
Nie miałam odpowiedzi.
Bezpieczny pokój znajdował się na parterze za biblioteką. Stalowe drzwi, osobna wentylacja, monitoring, zapasy wody.
Wiktor uparł się, żeby pójść z nami.
Każdy krok kosztował go wysiłek.
Kiedy schodziliśmy po schodach, Hania nagle zatrzymała się.
Spojrzała w górę.
— Co jest? — zapytałam.
Nie odpowiedziała.
Przyłożyła dłoń do drewnianej balustrady.
Jej twarz spoważniała.
„Ktoś idzie”.
Nic nie słyszałam.
Radecki wyciągnął broń.
Pięć sekund później na piętrze rzeczywiście rozległy się kroki.
Pojawiła się gospodyni, pani Zofia Krawiec.
— Co się dzieje?
Radecki nie schował pistoletu.
— Gdzie pani była?
— W pralni.
— Wschodnie skrzydło jest po drugiej stronie.
— Usłyszałam alarm.