„To twoje długi, nie moje.”
Później coś się zmieniało.
Coraz mniej było oporu.
Coraz więcej planowania.
W pewnym momencie Ewa napisała:
„Jeżeli to zrobimy, ja chcę zabezpieczenie na wypadek, gdyby Roman się zorientował.”
Paweł:
„Jakie?”
Ewa:
„Testament.”
Odłożyłam telefon.
— Oboje.
— Tak.
Pierwszy raz od początku Ewa nie próbowała się wybielać.
— Oboje.
— Po co mi to pokazujesz?
— Bo Paweł będzie próbował zrobić ze mnie jedyną winną.
— Nie potrzebuję pomocy, żeby uznać cię za winną.
— Wiem.
Spojrzała w okno.
— Nie zamierzam ci mówić, że romans „po prostu się wydarzył”. Nienawidzę tego zdania.
— To dobrze.
— Wiedziałam, co robię.
Jej szczerość prawie mnie zirytowała.
— Gratuluję świadomości.
— Nie oczekuję przebaczenia.
— Więc czego?
Pierwszy raz głos jej zadrżał.
— Chcę, żebyś wiedziała, że na początku chodziło o pieniądze. Później…
— Nie interesuje mnie, czy się zakochałaś.
— Nie zakochałam.
Spojrzałam na nią.
— To było gorsze.
— Co może być gorszego?
— Polubiłam to, że ktoś mnie potrzebuje.
Siedziałyśmy naprzeciwko siebie.
Nagle przypomniało mi się zdanie Pawła.
„Przy niej czułem się ważny.”
Dwoje ludzi.
Każde głodne dokładnie tego samego.
Jedno potrzebowało ratownika.
Drugie potrzebowało kogoś do ratowania.
A pomiędzy nimi byliśmy my.
Ojciec.
Ja.
Hania.
— Roman po chorobie zaczął mnie traktować jak pielęgniarkę — powiedziała. — Wszystko było „Ewa, podaj”, „Ewa, zadzwoń”, „Ewa, załatw”. Czułam się jak pracownik.
— Więc zaczęłaś go okradać?
— Nie od razu.
— Naprawdę nie słyszysz, jak to brzmi?
— Słyszę.
Zaczęła mówić szybciej.
O latach z ojcem.
O jego charakterze.
O tym, że wszystko musiało być po jego myśli.
O tym, że nigdy nie przepisał na nią części domu, choć obiecywał.
O lęku, że po jego śmierci zostanie z niczym.
— Miałaś własne mieszkanie.
— Sprzedałam je dwanaście lat temu.
— Za własną decyzją.
— Pieniądze poszły na remont jego domu.
To było coś, czego nie wiedziałam.
— Ile?
— Sto osiemdziesiąt tysięcy.
W ówczesnych cenach bardzo dużo.
— Masz dokumenty?
— Mam przelewy.
Nie wiedziałam, czy to prawda.
Ale po raz pierwszy zobaczyłam jej motyw w pełniejszym świetle.
Nie usprawiedliwienie.
Motyw.
Ewa przez lata uważała, że buduje majątek ojca, do którego sama nie ma żadnego prawa.
Później jego choroba przestraszyła ją bardziej, niż przyznawała.
Zaczęła „zabezpieczać się”.
Pierwsze przelewy tłumaczyła sobie jako odzyskiwanie własnych pieniędzy.
Potem granica przesuwała się coraz dalej.
— A mieszkanie?
— Miało pokryć pieniądze, które włożyłam w dom, oraz długi Pawła.
— Dlaczego jego długi były twoim problemem?
Spojrzała na mnie.
— Bo wtedy już spałam z twoim mężem.
Wreszcie powiedziała to bez eufemizmu.
Poczułam lodowaty spokój.
— Jak długo?
— Raz.
— Wierzyć wam obojgu w tę samą wersję?
— Fizycznie raz.
— Znowu to samo słowo.
Ewa spuściła wzrok.
— Cała reszta trwała pół roku.
— Czyli romans trwał pół roku.
Skinęła głową.
— Tak.
Nie wiem dlaczego, ale właśnie wtedy ostatecznie coś we mnie pękło.
Nie po odkryciu śladu.
Nie po dokumentach.
Nie po wiadomościach.
Wtedy.
Bo „raz” było sztuczką.
Sposobem na zmniejszenie zdrady do jednej nocy.
Tylko że zdrada to również pięć miesięcy wiadomości.
Kasowanie historii.
Spotkania.
Kłamstwa.
Wiedza, której współmałżonek nie ma.
Planowanie przyszłych kłamstw.
Jedna noc była tylko fragmentem.
— Dziękuję — powiedziałam.
Ewa wyglądała na zaskoczoną.
— Za co?
— Za to, że właśnie pomogłaś mi podjąć decyzję.
Wstałam.
— Marta.
Zatrzymałam się.
— Twój ojciec naprawdę nie jest niewinny.
Odwróciłam się.
— W czym?
— Wiedział, że mam pretensje o pieniądze z mieszkania.
— O jakiego mieszkania?
— Mojego.
— Tego sprzed dwunastu lat?
— Tak.
— I?
— Powiedział, że wszystko kiedyś i tak będzie wspólne. Później po udarze zmienił zdanie. Powiedział, że dom zostawi tobie.
To do ojca pasowało.
Niestety.
— To nie daje ci prawa brać sobie tego, co uznasz za sprawiedliwe.
— Wiem.
— Dopiero teraz?
— Chyba tak.
W domu Paweł czekał.
— Spotkałaś się z nią.
Nie zaprzeczyłam.
— Pokazała mi wiadomości.
Usiadł.
— Wszystkie?
— Wystarczająco dużo.
Opowiedziałam mu o wiadomości dotyczącej domu.
Nie próbował się bronić.
— Chcę, żebyś się wyprowadził.
Poderwał głowę.
— Dzisiaj?
— Tak.
— Marta, proszę.
— Możesz pojechać do brata, hotelu, wynająć coś. Nie obchodzi mnie gdzie.
— A Hania?
— Będziesz ją widywał.
— Chcesz rozwodu?
Spojrzałam na niego.
— Dzisiaj chcę, żebyś się wyprowadził.
— Możemy iść na terapię.
— Możemy również jutro obudzić się i odkryć, że ostatnie pół roku było koszmarem.
Wstałam.
— Ale żadna z tych rzeczy nie wydarzy się tylko dlatego, że ich chcesz.
Pakował się godzinę.
Hania siedziała na podłodze i patrzyła.
Nie potrafiliśmy ukryć wszystkiego.
Powiedzieliśmy jej, że tata przez jakiś czas będzie mieszkał gdzie indziej.
— Bo był niegrzeczny?
Zamarliśmy.
Paweł uklęknął przed nią.
— Tata zrobił coś, czym bardzo zranił mamę.
Hania zmarszczyła nos.
— To powiedz przepraszam.
Paweł rozpłakał się.
Odwróciłam wzrok.