— Mój.
— Jak to „twój”?
— Przygotowany do podpisu.
— Podpisywałeś coś?
— Nie przypominam sobie.
Te cztery słowa wystarczyły, żebym wstała.
— Tato, niczego nie ruszaj.
— Dlaczego?
— Jadę do ciebie.
Paweł pojawił się w drzwiach.
— Co się stało?
Spojrzałam na niego.
— Czy wiedziałeś o testamencie?
Po jego twarzy zobaczyłam, że wiedział.
Nie musiał odpowiadać.
— Jedź do Karoliny — powiedziałam.
— Marta…
— Hania zostanie z tobą do południa. Później Karolina ją odbierze.
— Gdzie jedziesz?
— Ratować to, czego jeszcze nie zdążyliście sprzedać.
Ojciec czekał przed domem.
Wyglądał, jakby przez noc postarzał się o dziesięć lat.
Dokument leżał na stole.
Przeczytałam.
Dom, w którym mieszkali, miał po śmierci ojca przypaść Ewie.
To samo większość oszczędności.
Mnie zostawiono działkę rekreacyjną pod Oleśnicą.
Nie chodziło mi o proporcje.
Ojciec mógł zostawić cały majątek schronisku dla kotów, gdyby takie było jego życzenie.
Problem znajdował się w dacie.
Projekt przygotowano jedenaście dni po udarze.
W czasie, kiedy tata miał trudności z koncentracją i rehabilitant przychodził do niego do domu.
— Rozmawiałeś wtedy z notariuszem?
— Nie pamiętam.
— Z Ewą?
— O testamencie? Nie.
— Paweł wiedział.
Ojciec spojrzał na mnie.
— Powiedział ci?
— Nie. Zapytałam. Jego twarz powiedziała.
Ojciec zaklął pod nosem.
Pojechaliśmy do prawnika, z którym kontaktował się wcześniej.
Nazywał się Tomasz Serafin.
Nie robił wielkich min.
Nie obiecywał, że wszystkich „załatwi”.
Powiedział coś, co wtedy bardzo mi się przydało:
— Najpierw fakty. Potem decyzje.
Przejrzeliśmy dokumenty.
Sprzedaż mieszkania nie była tak prosta, jak przedstawiał ją tata.
Istniało pełnomocnictwo notarialne.
Podpisane kilka miesięcy przed udarem.
Ojciec pamiętał dokument, ale twierdził, że miał dotyczyć zarządzania wynajmem oraz innych spraw majątkowych w ograniczonym zakresie.
Prawnik nie chciał na miejscu oceniać, czy Ewa przekroczyła umocowanie. Potrzebował aktu i całej dokumentacji.
To była pierwsza rzecz, która ostudziła moje emocje.
Nie wszystko, co wyglądało jak kradzież, automatycznie było nią w sensie prawnym.
Ale były inne rzeczy.
Przelewy.
Trzy na konto Ewy.
Dwa do firmy Pawła.
Jedna płatność za samochód, którym jeździła Ewa.
Prawie sto tysięcy przelane na rachunek, którego ojciec nie rozpoznawał.
— Czy to konto pana żony?
Ojciec pokręcił głową.
— Nie wiem.
Prawnik zanotował numer.
Potem wziął projekt testamentu.
— Tego pan nie podpisał.
— Nie.
— Więc na tę chwilę to tylko projekt.
Pierwszy raz od dwudziestu czterech godzin odetchnęłam.
Przynajmniej coś.
— Chcę odwołać wszystkie pełnomocnictwa — powiedział tata.
— Możemy się tym zająć.
— Dzisiaj.
— Dobrze.
Spojrzał na mnie.
— I chcę, żeby Marta miała dostęp do dokumentów.
— Tato…
— Nie do pieniędzy. Do informacji.
Prawnik skinął głową.
Kiedy wyszliśmy, ojciec długo siedział w samochodzie.
— Jestem wściekły na ciebie — powiedział nagle.
Zaskoczył mnie.
— Na mnie?
— Tak.
— Za co?
— Bo miałaś rację.
Pierwszy raz od poprzedniego dnia prawie się uśmiechnęłam.
— O czym?
— O Ewie.
— Nigdy nie mówiłam, że cię okradnie.
— Nie. Mówiłaś, że lubi mieć kontrolę.
To była prawda.
Powiedziałam to kilkanaście lat wcześniej.
Miałam wtedy dziewiętnaście lat i byłam wściekła, bo Ewa poprzestawiała rzeczy po mojej mamie w domu ojca.
— Byłam zazdrosną nastolatką.
— Czasami zazdrosna nastolatka też coś widzi.
Pojechaliśmy do banku.
Później do notariusza.
Po południu tata zmienił zamki.
Nie dlatego, że chciał wyrzucić Ewę na ulicę bez możliwości odebrania rzeczy. Prawnik wyraźnie zalecił, żeby wszystkie dalsze kroki ustalać spokojnie.
Ale ojciec nie chciał, by mogła wejść sama i zabrać dokumenty.
O siedemnastej zadzwoniła do mnie.
Nie odebrałam.
Zadzwoniła ponownie.
Potem trzeci raz.
W końcu nacisnęłam zieloną słuchawkę.
— Czego chcesz?
— Spotkać się.
— Nie.
— Bez Pawła. Bez Romana.
— Tym bardziej nie.
— Marta, masz zły obraz sytuacji.
— Zdradziłaś mojego ojca z moim mężem i brałaś udział w sprzedaży jego majątku.
— Paweł powiedział ci swoją wersję.
— Nie interesuje mnie jego wersja bardziej niż twoja.
— Powinna.
— Dlaczego?
Długa cisza.
— Bo to nie ja wpadłam na pomysł sprzedaży domu.
Zacisnęłam palce na telefonie.
— Kto?
— Paweł.
Tego wieczoru spotkałam się z nią.
Nie sama.
Poprosiłam Karolinę, żeby siedziała dwa stoliki dalej w kawiarni.
Ewa zauważyła ją od razu.
— Naprawdę się mnie boisz?
— Nie. Ale przestałam ci ufać.
Przyjęła to bez komentarza.
Wyglądała inaczej niż dzień wcześniej.
Bez makijażu.
Włosy związane.
Zwykła szara bluza.
Przez lata widywałam ją zawsze perfekcyjnie ubraną.
— Mów — powiedziałam.
Ewa wyjęła telefon.
— Nie usunęłam wszystkiego.
Położyła go przede mną.
— Dlaczego?
— Bo Paweł chciał, żebym usunęła.
Pierwsza wiadomość była sprzed pięciu miesięcy.
Paweł pisał:
„Roman ma dom, z którego nie korzysta. Jeżeli go sprzedamy, nikt realnie niczego nie straci.”
Następna:
„Marta nie będzie pytała. Ona nawet nie wie, ile dokładnie Roman ma nieruchomości.”
Poczułam mdłości.
Czytałam dalej.
Na początku Ewa rzeczywiście protestowała.
„Nie. Mieszkanie to jedno. Domu nie ruszam.”
Paweł:
„Mieszkanie ledwo zamknie bieżące rzeczy. Potrzebuję jeszcze około 150.”
Ewa: