— Bo twój mąż przez rok udawał przed tobą, że wszystko jest w porządku. Firma była praktycznie niewypłacalna. Bank odmówił mu kolejnego finansowania. Miał zaległości w ZUS-ie, niezapłacone faktury, leasing.
Paweł zacisnął pięści.
— Przestań.
— A później przyszedł do mnie.
— Dlaczego do ciebie? — zapytałam.
Ewa spojrzała mi prosto w oczy.
— Bo wiedział, że mam pieniądze.
— Nie miałaś.
— Miałam dostęp.
To były dwa słowa.
A jednak powiedziały wszystko.
Miałam nagle przed oczami ostatni rok.
Ojciec po udarze.
Ewa przejmująca rachunki.
Ewa namawiająca go, żeby sprzedał firmowy magazyn, bo „po co mu ten stres”.
Ewa, która podczas Wielkanocy pytała mnie niby od niechcenia, czy zamierzamy kiedyś rozbudować dom.
Ewa mówiąca, że rodzice powinni pomagać dzieciom, póki żyją, zamiast zostawiać wszystko w spadku.
Wtedy uważałam te rozmowy za typowe gadanie o pieniądzach.
Teraz nagle miały inny ciężar.
Ojciec wrócił z brązową teczką.
Położył ją przede mną.
Nie chciałam jej otwierać.
Otworzyłam.
Pierwszy wydruk był mailem.
Od Pawła.
„Jeżeli Roman się dowie, oboje mamy problem. Marta nie może wiedzieć o długu, dopóki nie zamknę kontraktu w Legnicy.”
Następny.
Od Ewy.
„Mieszkanie załatwi temat, ale chcę mieć pewność, że Marta nie zacznie zadawać pytań o resztę.”
Resztę.
Przeczytałam jeszcze raz.
— Jaką resztę?
Nikt się nie odezwał.
Podniosłam głowę.
— JAKĄ RESZTĘ?
Ojciec wyjął kolejną kartkę.
— Dom w Kiełczowie.
Znałam go.
Stary dom po dziadkach ojca. Od lat stał pusty. Tata mówił, że kiedyś go wyremontuje albo przepisze na mnie.
— Co z nim?
— Nic — odpowiedział.
Spojrzał na Ewę.
— Bo zdążyłem.
Dopiero później dowiedziałam się, jak blisko byli.
Ewa przygotowała dokumenty do sprzedaży.
Miała nawet kupca.
Paweł znalazł rzeczoznawcę.
Plan zakładał sprzedaż szybko, poniżej ceny rynkowej, człowiekowi powiązanemu z inwestorem, dla którego Paweł wykonywał kiedyś instalacje.
Kilka tygodni później nieruchomość miała zostać odsprzedana.
Różnicą mieli się podzielić.
Nie były to miliony.
Może dlatego wszystko było tak przerażająco realne.
Zwykłe pieniądze.
Takie, przez które zwykli ludzie niszczą zwykłe rodziny.
Sto tysięcy.
Dwieście.
Trzysta.
Kwoty dostatecznie wysokie, żeby kusiły, ale nie tak bajeczne, żeby cała historia brzmiała jak film.
— Ile miał dostać Paweł? — zapytałam.
— Sto dwadzieścia tysięcy — powiedział ojciec.
— Nie — przerwał Paweł. — Osiemdziesiąt.
Ewa roześmiała się krótko.
— Niesamowite. Właśnie zostałeś przyłapany na zdradzie i oszustwie, a najbardziej boli cię to, że Roman źle podał twoją prowizję.
Paweł poderwał się.
— Ty chciałaś połowę!
— Bo to ja ryzykowałam!
— Przestańcie! — krzyknęłam.
Oboje zamilkli.
Wtedy usłyszałam płacz Hani.
Odwróciłam się.
Stała w drzwiach tarasowych.
Za nią Karolina.
— Przepraszam — powiedziała siostra. — Wyrwała mi się.
Hania patrzyła na nas.
— Czemu krzyczysz na tatę?
Podeszłam do niej.
Przytuliła się do mnie mokrymi jeszcze włosami.
— Bo dorośli czasami robią bardzo głupie rzeczy.
— Tata był niegrzeczny?
Nie potrafiłam odpowiedzieć.
Paweł zrobił krok.
— Haniu…
Córka od razu wyciągnęła do niego ręce.
To był moment, którego nie zapomnę.
Bo niezależnie od tego, co właśnie odkryłam, dla niej nadal był tatą.
Człowiekiem, który czytał jej wieczorem „Kicię Kocię”, robił naleśniki w kształcie serca i nosił ją na barana.
Nie chciałam odbierać jej tego w jednej sekundzie tylko dlatego, że miałam ochotę rozbić mu talerz na głowie.
— Idź z ciocią — powiedziałam.
— Ale prezent…
— Otworzymy później.
Karolina zabrała ją na górę.
Kiedy drzwi się zamknęły, wiedziałam już jedną rzecz.
Nie będę dzisiaj podejmowała decyzji o rozwodzie.
Nie będę rzucała walizek przez okno.
Nie będę urządzała przedstawienia.
Najpierw dowiem się wszystkiego.
— Telefony — powiedziałam.
Paweł zmarszczył brwi.
— Co?
— Chcę zobaczyć wasze telefony.
— Marta…
— Nie musisz mi go dawać. Ale jeśli nie dasz, uznam, że wszystko, co mogłabym znaleźć, jest prawdziwe.
Położył telefon na stole.
Ewa nie.
— Nie masz żadnego prawa przeglądać mojej prywatnej korespondencji.
Ojciec popatrzył na nią.
— A ja?
— Roman…
— Ja też nie?
Milczała.
— Dobrze — powiedział ojciec. — To jutro złożę zawiadomienie dotyczące mieszkania i przekażę prawnikowi wszystko, co mam.
Ewa od razu na niego spojrzała.
— Chcesz mnie zniszczyć?
— Jeszcze nie wiem, czego chcę.
— Po piętnastu latach?
— Po piętnastu latach dowiaduję się, że przygotowywałaś sprzedaż domu moich rodziców za moimi plecami.
— Robiłam to również dla ciebie!
— Nie.
Powiedział to spokojnie.
— Dla mnie byłaby rehabilitacja. Spokój. Życie. A nie sprzedaż majątku, którego nie chciałem sprzedawać.
Ewa chwyciła telefon.
Wstała.
— Nie będę uczestniczyć w tym cyrku.
Ojciec patrzył, jak idzie w stronę furtki.
— Jeśli teraz wyjdziesz, nie wracaj dziś do domu.
Zatrzymała się.
Przez moment myślałam, że odwróci się i zacznie krzyczeć.
Nie zrobiła tego.
Wyszła.
Ojciec patrzył za nią jeszcze kilka sekund.
Potem usiadł.
— Chyba jestem idiotą.
— Nie jesteś.
Spojrzał na mnie.
— Nie pocieszaj mnie.
— Nie pocieszam. Mówię, że ktoś cię oszukał. To nie czyni cię idiotą.
Samotna łza spłynęła mu po policzku.