Później siedzieliśmy na trawie, obserwując Hanię chlapiącą wodą po całym ogrodzie.

Nagle podbiegła do nas.

— Przytulcie się!

— Po co? — zapytałam.

— Bo chcę zobaczyć, czy serca się odbiją.

Paweł spojrzał na farbę.

Potem na mnie.

— Nie ryzykuję.

Roześmiałam się.

Hania również.

I dopiero wtedy pomyślałam, jak niesamowite jest to, że dokładnie ten sam drobiazg może kiedyś oznaczać koniec jednego życia, a po latach stać się tylko farbą na skórze.

Tamtego dnia, na trzecich urodzinach córki, wszyscy sądziliśmy, że Hania powiedziała coś absurdalnego.

„Tatuś jest u babci Ewy na brzuchu.”

Śmialiśmy się, bo dorośli często zakładają, że jeśli dziecko nie potrafi czegoś dobrze wyjaśnić, to znaczy, że tego nie rozumie.

Tymczasem Hania jako jedyna mówiła prawdę.

Tata naprawdę był na brzuchu Ewy.

Nie on sam.

Jego ślad.

I gdybym wtedy nie schyliła się, żeby spojrzeć dokładnie tam, gdzie pokazywała moja córka, być może jeszcze długo nie zobaczyłabym śladów znacznie trudniejszych do zmycia.