Widziałam mojego ojca wściekłego wiele razy. Kiedyś potrafił wybuchnąć o źle zaparkowany samochód, niezapłacony rachunek albo to, że ktoś przeciągnął termin w jego firmie o trzy dni.
Teraz był zupełnie spokojny.
To mnie przestraszyło bardziej.
— Roman — zaczęła Ewa.
Ojciec odstawił szklankę.
— Nie tutaj.
— Mogę ci wyjaśnić.
— Powiedziałem: nie tutaj.
Obok basenu stało prawie trzydzieści osób.
Dzieci nadal biegały po trawie, choć dorośli już nie rozmawiali tak głośno jak wcześniej. Wszyscy udawali, że są bardzo zajęci kiełbaskami, ręcznikami, kremem z filtrem i talerzami.
Każdy słuchał.
Wtedy dotarło do mnie, że za chwilę trzecie urodziny mojej córki zamienią się w publiczne rozliczenie mojego małżeństwa i małżeństwa mojego ojca.
Nie chciałam tego.
Niezależnie od tego, co zrobił Paweł.
Odwróciłam się do siostry.
— Karolina, możesz zabrać Hanię i dzieci do środka? Niech otworzą prezenty.
Spojrzała na mnie i od razu zrozumiała.
— Jasne.
— Ja nie chcę! — zaprotestowała Hania.
Przykucnęłam.
— Za chwilę przyjdę.
— Ale tata…
— Wiem, kochanie.
Pocałowałam ją w czoło.
— Już wiem.
Kiedy dzieci zniknęły w domu, odwróciłam się do gości.
Nie miałam siły wymyślać eleganckich wyjaśnień.
— Przepraszam was, ale musimy dzisiaj skończyć trochę wcześniej.
Pierwsza zareagowała moja ciotka.
Bez pytań zaczęła zbierać rzeczy wnuków.
Reszta zrobiła to samo.
Pamiętam ten kwadrans w kawałkach.
Składane krzesło.
Miskę z arbuzem.
Czyjąś torbę pozostawioną pod stołem.
Mokrą plamę pod trampoliną.
Sąsiadkę mówiącą, że tort był pyszny, choć obie wiedziałyśmy, że nie o torcie teraz myśli.
Karolinę zamykającą drzwi tarasowe, żeby Hania nie słyszała dorosłych.
Paweł przez cały czas stał przy stole.
Ewa usiadła z powrotem na leżaku.
Ojciec ani razu na mnie nie spojrzał.
Gdy ostatni samochód wyjechał, miałam wrażenie, jakby skończyło się nie przyjęcie, ale jakaś epoka mojego życia.
— Do domu — powiedział ojciec do Ewy.
— Roman…
— Chcę porozmawiać tutaj.
— To jest dom Marty.
— I dlatego ona ma prawo usłyszeć.
Pierwszy raz spojrzał na mnie.
— Chyba że nie chcesz.
Chciałam.
Bałam się tego, ale chciałam.
— Zostań.
Paweł od razu wszedł do środka.
— Po co?
Ruszyłam za nim.
Stał przy kuchennej wyspie, opierając dłonie o blat.
— Powiedz mi prawdę.
— Powiem.
— Całą.
— Tak.
— Spałeś z Ewą?
Otworzył usta.
I to wystarczyło.
Czasami odpowiedź człowiek dostaje sekundę wcześniej, niż usłyszy słowa.
— Marta…
— Tak czy nie?
— To nie jest takie proste.
Zaśmiałam się.
Nie dlatego, że było zabawnie.
— W przypadku spania z moją macochą to jest akurat wyjątkowo proste pytanie.
Milczał.
— Tak czy nie?
— Raz.
Poczułam dziwną ulgę.
Przez może dwie sekundy.
Bo najgorsze w podejrzeniu jest to, że umysł wymyśla sto możliwości. Kiedy jedna staje się prawdą, przynajmniej dziewięćdziesiąt dziewięć innych znika.
— Kiedy?
— Marta…
— Kiedy?
— W marcu.
Był wrzesień.
Sześć miesięcy.
Przypomniałam sobie marzec.
Hania miała zapalenie ucha.
Ja przez tydzień spałam z nią na rozkładanym fotelu w jej pokoju, bo budziła się co godzinę.
Paweł wtedy kilka razy wracał później z pracy.
Raz tłumaczył się awarią u klienta.
— W marcu — powtórzyłam.
Skinął głową.
— I nigdy więcej?
Za długo się zastanawiał.
— Paweł.
— Fizycznie? Nie.
Dziwny dobór słowa.
— A inaczej?
Usiadł.
— Pisaliśmy.
— Od marca?
— Tak.
— Spotykaliście się?
— Kilka razy.
— Dzisiaj?
Milczał.
Spojrzałam na niebieską rakietę na jego brzuchu.
— Dzisiaj spotkałeś się z nią w pomieszczeniu gospodarczym?
— Tak.
— Byliście nadzy?
— Nie.
— Jak ten ślad znalazł się na jej skórze?
Przejechał dłonią po twarzy.
— Złapała mnie.
— Gdzie?
— Przyciągnęła do siebie.
— Po co?
— Kłóciliśmy się.
— Ludzie podczas kłótni często przyciskają do siebie nagie brzuchy?
— Byłem bez koszulki, bo Hania mnie wcześniej oblała wężem. Ewa weszła od strony garażu. Powiedziałem jej, że to koniec.
Pierwszy raz pojawiło się coś, czego nie rozumiałam.
— Co dokładnie miało się skończyć?
Paweł spojrzał w stronę ogrodu.
— Wszystko.
— Romans?
— Też.
— Co jeszcze?
Wtedy wszedł ojciec.
Za nim Ewa.
Ojciec położył na blacie jej telefon.
— Zapytaj o mieszkanie.
Paweł zesztywniał.
— Jakie mieszkanie? — zapytałam.
Ewa spojrzała na niego z nienawiścią.
— Brawo, Roman. Naprawdę brawo.
— Jakie mieszkanie?
Ojciec usiadł.
Nagle wyglądał starzej, niż go pamiętałam.
— To przy Hallera.
Wiedziałam, o które chodzi.
Mieszkanie po mojej babci.
Niecałe siedemdziesiąt metrów, stara kamienica, trzecie piętro. Babcia mieszkała tam przez czterdzieści lat.
Po jej śmierci lokal odziedziczył tata.
Od kilku lat wynajmował go studentom.
— Co z nim?
— Sprzedane.
Patrzyłam na niego.
— Kiedy?
— W czerwcu.
— Nic mi nie mówiłeś.
— Bo ja również nie wiedziałem.
Tym razem nawet Paweł podniósł głowę.
Ojciec popatrzył na Ewę.
— Dowiedziałem się trzy tygodnie temu.
— Roman, nie przedstawiaj tego w ten sposób — powiedziała Ewa.
— A w jaki?
— Wiedziałeś, że chcę uporządkować nasze finanse.