Wyniki nie zgadzały się z raportem oficjalnym.

Stężenie toksycznych metali było wielokrotnie wyższe od norm.

— Dlaczego dostałaś te próbki?

Lena pisała wolno.

Praca badawcza. Myślałam, że to rutyna. Profesor powiedziała, żeby nikomu nie pokazywać wyników.

— Komu powiedziałaś?

Zawahała się.

Kacprowi.

Zamknąłem oczy.

Oczywiście.

Nie z głupoty.

Z niewiedzy.

Dla niej Kacper był kolegą z roku, który próbował kiedyś ją poderwać.

Nie wiedziała, że jego ojciec zarabiał fortunę na projekcie, którego wyniki właśnie podważyła.

Zapytał, nad czym siedzę do późna. Pokazałam mu jeden wykres.

— Kiedy?

Dwa dni przed napadem.

Wszystko się zmieniło.

To nie był odrzucony chłopak mszczący się za urażoną dumę.

Albo przynajmniej nie tylko.

Ktoś mógł próbować ustalić, ile Lena wie.

— Gdzie są wyniki?

Napisała:

Na serwerze uczelni i pendrivie.

— Gdzie pendrive?

Patrzyła na mnie kilka sekund.

Potem wskazała tornister stojący przy szafce.

Przeszukałem go.

Nie było go.

Lena pobladła.

*

Profesor Annę Lewicką znaleziono wieczorem.

Żyła.

Samochód stał na parkingu przy lesie kilkanaście kilometrów od Gdańska. Lewicka siedziała na miejscu kierowcy, oszołomiona, z raną z tyłu głowy.

Nie pamiętała poprzednich dwudziestu czterech godzin.

Oficjalnie policja podejrzewała napad rabunkowy.

Tyle że jej portfel pozostał w torebce.

Zniknął wyłącznie laptop.

Kiedy dowiedziałem się o tym od Stefana, podjąłem decyzję.

Nie mogłem dłużej czekać, aż system sam zacznie działać.

Ale nie zamierzałem też wracać do tego, czym byłem.

Istniała różnica między wykorzystaniem starych kontaktów a starych metod.

I zamierzałem pilnować tej granicy.

— Znajdź mi Andrzeja Milewskiego — powiedziałem.

— Mogę zorganizować spotkanie.

— Nie. Chcę wiedzieć, gdzie będzie sam.

Stefan popatrzył na mnie.

— Mówiłeś bez starych metod.

— Nadal mówię.

— Michał, znam ten ton.

— To zapomnij.

*

Andrzej Milewski jadał śniadanie codziennie o siódmej trzydzieści w prywatnym klubie biznesowym przy Motławie.

Usiadłem przy jego stoliku następnego ranka.

Nie znał mnie.

To była moja przewaga.

— To miejsce jest zajęte — powiedział.

— Wiem.

Podniósł wzrok.

Miał pięćdziesiąt kilka lat, idealnie skrojony garnitur i twarz człowieka przyzwyczajonego, że inni pierwsi spuszczają oczy.

Ja nie spuściłem.

— Michał Zieliński.

Nazwisko zadziałało.

Minimalnie.

— Ojciec tej dziewczyny.

— Mojej córki.

— Oczywiście.

Odłożył filiżankę.

— Moi prawnicy powiedzieli mi, że zaoferowaliśmy pomoc.

— Pańscy prawnicy zaoferowali pieniądze.

— Czy to nie jest forma pomocy?

— Pański syn złamał jej szczękę.

— Mój syn zaprzecza.

— Pański syn kłamie.

Milewski westchnął.

— Posłuchajmy siebie. Jesteśmy ojcami. Dzieci robią głupie rzeczy.

— Lena zrobiła coś głupiego?

— Nie powiedziałem tego.

— Więc które dziecko zrobiło głupią rzecz?

Milczał.

— Kacper? — zapytałem.

Jego szczęka lekko się napięła.

Trafiłem.

— Nie przyszedłem tu dyskutować o winie — powiedział.

— Ja również.

— Więc czego pan chce?

— Prawdy.

Zaśmiał się krótko.

— Każdy mówi, że chce prawdy, dopóki nie pozna ceny.

To zdanie zabrzmiało zbyt świadomie.

— A pan ją zna?

Milewski spojrzał na zegarek.

— Pańska córka weszła w sprawy, których nie rozumie.

— Czyli jednak wie pan, dlaczego została pobita.

Pierwszy błąd.

Zorientował się sekundę za późno.

— Nic takiego nie powiedziałem.

— Już pan powiedział.

Wstał.

— Proszę trzymać się z daleka od mojej rodziny.

— Proszę powiedzieć synowi to samo o mojej.

Odwrócił się, lecz zatrzymałem go jednym zdaniem.

— Kim jest Paweł Maj?

Milewski znieruchomiał.

Nie odwrócił się.

Ale zobaczyłem jego dłoń zaciskającą się na oparciu krzesła.

Po chwili odszedł.

To wystarczyło.

Znał nazwisko.

*

Stefan czekał dwie ulice dalej.

— I?

— Wie o Maju.

— To niedobrze.

— Dla niego.

— Nie. Dla nas.

Spojrzałem na niego.

— Sprawdziłem coś jeszcze — powiedział. — Projekt Port Północny powstał na gruntach należących kiedyś do spółki Bałtyk Invest.

Nazwa uderzyła mnie jak zimna woda.

— Niemożliwe.

— Niestety.

Bałtyk Invest była jedną z moich dawnych firm.

Nie prowadziła przestępczej działalności. Kupowała nieruchomości i magazyny, przez które legalizowaliśmy część pieniędzy.

Kiedy odchodziłem, sprzedałem wszystko.

— Komu?

— Myśleliśmy, że funduszowi z Warszawy. Fundusz był podstawiony.

— Przez kogo?

Stefan podał mi dokument.

Pod nazwą beneficjenta widniała spółka założona przez człowieka nazwiskiem Roman Maj.

— Brat Pawła?

— Młodszy.

Nie pamiętałem go.

— Paweł miał brata?

— Trzymał go z dala od nas. Roman studiował wtedy prawo.

— Gdzie jest teraz?

Stefan spojrzał mi prosto w oczy.

— Oficjalnie Roman Maj nie istnieje od piętnastu lat.

— Co to znaczy?

— Zmienił nazwisko.

Przesunął palcem po kartce.

Nowe nazwisko brzmiało:

Tomasz Pawlak.

*

Nagle zrozumiałem, dlaczego komisarz tak szybko pojawił się w szpitalu.

Dlaczego kamery „przypadkiem” przestały działać.

Dlaczego podobna sprawa sprzed czterech lat została zamknięta.

Pawlak nie był skorumpowanym policjantem wynajętym przez bogate rodziny.

Był częścią historii zaczynającej się długo przed narodzinami Leny.

— Paweł miał młodszego brata — powiedziałem.

Stefan skinął głową.

— I wygląda na to, że brat spędził pół życia, budując sobie pozycję dokładnie tam, gdzie kiedyś najbardziej jej potrzebowaliśmy.

— W policji.

— Tak.

— Dlaczego?