Wybrał starą smażalnię przy nabrzeżu w Gdyni, zamkniętą od lat. Budynek stał pomiędzy magazynami przeznaczonymi do rozbiórki. Szyby pokrywał kurz, a stary szyld kołysał się na wietrze.

Stefan siedział przy stoliku w głębi.

Poznałem go od razu.

On mnie również.

Przez kilka sekund tylko na siebie patrzyliśmy.

— Zestarzałeś się — powiedziałem.

Uśmiechnął się.

— Ty też wyglądasz tragicznie.

Uściskaliśmy się krótko.

To wystarczyło, żeby dziewiętnaście lat zniknęło.

Położył przede mną cienką teczkę.

— Milewski, Rogowska, Wysoccy. Zacząłem od tego, co legalne.

— A potem?

— Potem zrobiłem się ciekawski.

Otworzyłem teczkę.

Andrzej Milewski był właścicielem konsorcjum budowlanego realizującego wielomiliardowe inwestycje.

Senator Elżbieta Rogowska przewodniczyła ważnej komisji parlamentarnej.

Jerzy Wysocki zasiadał w radzie fundacji uniwersyteckiej.

Trzy rodziny.

Trzy fortuny.

Jedna uczelnia.

— Łączy ich projekt Port Północny — powiedział Stefan.

— Słyszałem.

— Oficjalnie centrum badawczo-logistyczne. Nieoficjalnie gigantyczny interes gruntowy. Milewski buduje. Rogowska przepchnęła część finansowania. Fundacja Wysockich wykupiła działki kilka lat przed zmianą planu zagospodarowania.

— Lena studiuje chemię. Co ma do gruntów?

Stefan wyjął kolejną kartkę.

— Profesor Anna Lewicka.

Nazwisko znałem.

Była promotorką Leny.

— Co z nią?

— Nie przyszła dziś na uczelnię. Telefon wyłączony. Wczoraj wieczorem ostatnią osobą, z którą rozmawiała, była Lena.

Poczułem napięcie w karku.

— O czym?

— Tego nie wiem.

Stefan przesunął w moją stronę zdjęcie.

Profesor Lewicka wychodziła z budynku administracyjnego. Obok niej szedł mężczyzna.

Twarz była częściowo odwrócona.

Na dłoni błyszczał sygnet.

Mój znak.

— Skąd to masz?

— Monitoring z pobliskiej stacji paliw. Trzy dni temu.

— Kim jest mężczyzna?

— Oficjalnie nazywa się Paweł Maj.

Spojrzałem na Stefana.

— To niemożliwe.

— Wiem.

— Paweł był ode mnie starszy o pięć lat. Gdyby żył, miałby prawie sześćdziesiąt.

— Ten człowiek ma może czterdzieści.

Przyjrzałem się zdjęciu.

I wtedy zobaczyłem coś, co wcześniej umknęło.

Sposób, w jaki mężczyzna trzymał lewą rękę.

Dwa palce lekko zgięte.

Paweł miał identyczny nawyk po złamaniu dłoni.

— Syn? — zapytałem.

Stefan pokręcił głową.

— Paweł nie miał dzieci.

— O których wiedzieliśmy.

— Jest jeszcze coś.

Wyciągnął kopertę.

W środku znajdowało się zdjęcie sprzed dziewiętnastu lat.

Ja.

Stefan.

Paweł Maj.

I kilku innych ludzi.

Na odwrocie ktoś napisał świeżym czarnym markerem:

Długi nie umierają razem z ludźmi.

*

Wróciłem do domu po drugiej w nocy.

Po raz pierwszy od lat nie zapaliłem światła.

Stałem w przedpokoju i słuchałem ciszy.

Dom był pełen Leny.

Jej trampki pod szafką.

Kubek z napisem „Nie rozmawiaj ze mną przed kawą”.

Zdjęcie z matury.

Roślina, którą zostawiła pod moją opieką i którą niemal zabiłem w trzy dni.

Przez dziewiętnaście lat budowałem tutaj życie z rzeczy tak zwyczajnych, że kiedyś wydawały mi się luksusem.

Nie chciałem oddawać tego miejsca Widmu.

Poszedłem do gabinetu.

Za regałem znajdował się sejf.

Nie otwierałem go od śmierci mojej żony, Magdy.

W środku leżały dokumenty, gotówka i stary telefon satelitarny.

Był tam również sygnet.

Srebro.

Czarny kamień.

Przecięta litera W.

Wyjąłem go.

Znak nie oznaczał „Widmo”.

Większość ludzi tak myślała.

Naprawdę pochodził od nazwiska Wrona.

Mojego prawdziwego nazwiska.

Michał Wrona.

Ostatni raz ktoś nazwał mnie tak w dniu, w którym upozorowałem własną śmierć.

Usiadłem.

Jeżeli mężczyzna przy uniwersytecie nosił kopię sygnetu, chciał, żebym go zauważył.

Atak na Lenę mógł więc nie być tylko brutalnością trzech chłopaków.

Mógł być wiadomością.

Telefon zadzwonił.

Numer nieznany.

Odebrałem.

— Pan Zieliński?

Kobiecy głos.

Drżał.

— Tak.

— Marta Sokołowska. Byłam dziś przy przesłuchaniu pańskiej córki.

— Słucham.

— Nie powinnam dzwonić.

— Skoro pani dzwoni, proszę nie marnować czasu na wyjaśnianie dlaczego.

Cisza.

— Komisarz Pawlak polecił zamknąć zabezpieczanie dowodów z uczelni.

— Z jakiego powodu?

— Twierdzi, że monitoring został bezpowrotnie utracony i nie ma podstaw do dalszych czynności.

— A pani w to nie wierzy.

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo dostałam raport techniczny, zanim zniknął z akt.

Usłyszałem szelest papieru.

— System kamer nie miał awarii. Został wyłączony ręcznie z pomieszczenia administracyjnego.

— Kto wszedł do pomieszczenia?

— Karta dostępu należała do profesora Marka Domańskiego, rektora uczelni.

Teraz elementy zaczynały tworzyć wzór.

— Czy Pawlak wie, że pani ma raport?

— Mam nadzieję, że nie.

— Dlaczego pomaga pani mojej córce?

Długa cisza.

— Bo cztery lata temu prowadziłam podobną sprawę.

— Podobną?

— Studentka. Pobita. Jeden ze sprawców nosił nazwisko Wysocki.

Zacisnąłem dłoń.

— Co się stało?

— Wycofała zeznania. Jej rodzina nagle przeprowadziła się za granicę. Sprawę zamknięto.

— Kto ją prowadził?

— Pawlak.

*

Następnego dnia stan Leny poprawił się na tyle, że lekarze pozwolili jej korzystać z telefonu.

Pierwsze, o co poprosiła, to laptop.

— Nie — powiedziałem.

Przewróciła oczami.

Ten gest był tak typowy dla niej, że prawie się uśmiechnąłem.

Napisała na tablecie:

To ważne.

— Wszystko jest teraz ważne.

Profesor Lewicka.

Usiadłem bliżej.

Lena otworzyła uczelnianą pocztę.

Pokazała mi wiadomość sprzed tygodnia.

Profesor Lewicka prosiła ją o ponowne wykonanie analizy próbek gleby i wody z terenu Portu Północnego.