— Jeszcze nie wiem. Mam tylko ślad logowania. Konto techniczne Pawła Maja zostało użyte w systemie uniwersytetu o dwudziestej trzeciej czternaście. Kamery wyłączono dwie minuty później.

Spojrzałem na drzwi sali Leny.

— Paweł nie żyje.

— Widziałem jego grób.

— Ja też.

— Nie powiedziałem, że to on.

To mnie zatrzymało.

Stefan mówił dalej:

— Powiedziałem, że ktoś używa jego nazwiska i starego identyfikatora. Takiego, którego nie powinien znać nikt poza ludźmi z naszego dawnego kręgu.

W szpitalnym korytarzu pachniało środkiem dezynfekującym i kawą z automatu. Zwyczajne zapachy. Zwyczajne światło. Zwyczajni ludzie przechodzący obok.

A jednak po dziewiętnastu latach jedno nazwisko otworzyło drzwi do świata, który zakopałem.

— Nie ruszaj niczego — powiedziałem.

— Michał…

— Żadnych starych metod.

Stefan milczał.

— Słyszałeś?

— Słyszałem.

— Chcę prawdy. Nie wojny.

Jego odpowiedź przyszła dopiero po chwili.

— Oby druga strona chciała tego samego.

Rozłączyłem się.

Kiedy wróciłem do sali, Lena spała.

Usiadłem przy niej i przez następną godzinę patrzyłem na jej twarz.

W głowie wracało pytanie, którego nie chciałem dopuścić do siebie.

Czy to naprawdę zaczęło się od trzech rozpieszczonych studentów?

Czy może ktoś wiedział, czyją córką jest Lena?

*

Następnego ranka w szpitalu pojawiła się mecenas reprezentująca rodzinę Milewskich.

Nazywała się Joanna Rudnicka.

Miała około czterdziestu lat, granatowy garnitur, skórzaną teczkę i sposób poruszania się człowieka, który nigdy nie przychodzi bez przygotowania.

Przedstawiła się pielęgniarce jako „pełnomocniczka zainteresowanej rodziny”.

Nie pozwolono jej wejść do Leny.

Czekałem na nią przy windach.

— Pan Zieliński?

— Tak.

Wyciągnęła wizytówkę.

Nie wziąłem jej.

— Chciałabym uniknąć sytuacji, która może dodatkowo obciążyć pańską córkę.

Piękne zdanie.

Ludzie tacy jak ona zawsze potrafili zapakować groźbę w troskę.

— W jaki sposób dochodzenie w sprawie pobicia miałoby ją obciążyć?

— Media. Proces. Zeznania. Pytania o alkohol, relacje, życie prywatne. Wie pan, jak takie sprawy wyglądają.

— Jeszcze nie ma sprawy.

Na sekundę zesztywniała.

To wystarczyło.

Wiedziała, że powiedziała za dużo.

— Chodzi mi o ewentualne postępowanie.

— Oczywiście.

Otworzyła teczkę.

— Rodzina mojego klienta jest gotowa pokryć wszystkie koszty leczenia i rehabilitacji. Dodatkowo moglibyśmy ustanowić fundusz zapewniający pańskiej córce finansowe bezpieczeństwo.

— Ile kosztuje sześć złamań?

Nie odpowiedziała.

— Pytam poważnie. Macie tabelę? Złamany nos kosztuje mniej? Utrata zęba ma osobną stawkę?

— Panie Zieliński…

— A strach przed wyjściem z domu?

Zamknęła teczkę.

— Nie jestem pańskim wrogiem.

— To po co pani przyszła?

Po raz pierwszy spojrzała na mnie bez zawodowego uśmiechu.

— Ponieważ są ludzie, których nie warto zmuszać do obrony.

Poczułem znajome zimno.

Dziewiętnaście lat wcześniej takie zdanie wystarczyłoby, żeby ktoś zniknął.

Teraz policzyłem do trzech.

— Proszę przekazać rodzinie Milewskich, że moja córka nie jest na sprzedaż.

Ruszyłem do sali.

— Panie Zieliński.

Odwróciłem się.

Rudnicka nadal stała przy windzie.

— Kacper Milewski twierdzi, że w ogóle nie dotknął pańskiej córki.

— A pani mu wierzy?

— Moja wiara nie ma znaczenia.

— W takim razie mamy coś wspólnego.

*

Tego samego dnia policja przesłuchała Lenę.

Lekarz pozwolił na maksymalnie piętnaście minut.

Ponieważ nie mogła mówić, odpowiadała na pytania na tablecie.

Komisarz Pawlak przyszedł z młodą funkcjonariuszką, aspirant Martą Sokołowską.

Pawlak zadawał pytania.

Sokołowska obserwowała.

Była to subtelna różnica, ale ją zauważyłem.

— Czy znała pani Kacpra Milewskiego przed zdarzeniem?

Lena napisała:

Z roku.

— Bartosza Rogowskiego?

Tak.

— Oskara Wysockiego?

Tak.

— Czy była pani z którymś z nich w związku?

Lena spojrzała na mnie, potem napisała:

Nie.

— Czy odrzuciła pani któregoś romantycznie?

Jej palce znieruchomiały.

W końcu:

Kacpra. Kilka miesięcy temu.

Pawlak odchylił się na krześle.

— Pokłóciliście się?

On się zdenerwował. Ja odeszłam.

— Czy groził pani?

Lena zawahała się.

Napisał, że jeszcze będę żałować.

— Ma pani wiadomość?

Usunęłam.

Pawlak westchnął.

— Czyli nie możemy jej potwierdzić.

Sokołowska pierwszy raz zabrała głos.

— Usunięte wiadomości czasem można odzyskać.

Pawlak rzucił jej krótkie spojrzenie.

Nie spodobało mu się to.

Zapamiętałem.

Potem padło pytanie o noc napadu.

Lena napisała, że wychodziła z laboratorium około dwudziestej trzeciej. Przy bocznym wyjściu czekali Kacper, Bartosz i Oskar.

Kacper chciał rozmawiać.

Odmówiła.

Zastąpili jej drogę.

Bartosz wyjął telefon.

Nie nagrywał.

Patrzył na coś na ekranie.

Oskar pilnował przejścia.

Kacper chwycił Lenę za ramię.

Kiedy go odepchnęła, uderzył ją pierwszy raz.

Potem drugi.

Upadła.

Dalsze wspomnienia były fragmentaryczne.

Buty.

Śmiech.

Metaliczny smak krwi.

Czyjś głos mówiący:

— Wystarczy.

I wtedy pojawił się czwarty.

Lena była pewna, że nie był studentem.

Mężczyzna stał dalej, w cieniu przy wejściu technicznym.

Trzymał telefon poziomo.

Nagrywał.

— Widziała pani twarz? — zapytała Sokołowska.

Lena pokręciła głową.

Potem dopisała:

Miał sygnet.

— Jaki?

Narysowała okrąg.

W środku umieściła prosty znak przypominający literę W przeciętą pionową kreską.

Krew odpłynęła mi z twarzy.

Znałem ten symbol.

Należał do mnie.

*

Wieczorem spotkałem Stefana.