— Pani Elżbieto, mam pytanie. Czy posiada pani aktualny wydruk księgi wieczystej?

— Nie. Ale sprawdzała ją pośredniczka przed wystawieniem domu.

— Kiedy?

— Jakieś dwa miesiące temu.

— Proszę mi przesłać numer księgi.

Zrobiłam to od razu.

Po kilku minutach oddzwoniła.

— Własność jest czysta. Jest pani jedyną właścicielką.

Odetchnęłam.

— Ale?

— Jest wzmianka o wniosku.

— Jakim?

— Bardzo świeżym. Złożonym trzy dni temu.

— Czego dotyczy?

— Z samej wzmianki nie zobaczymy wszystkiego natychmiast. Muszę ustalić podstawę.

Trzy dni temu.

Dzień przed moją wizytą w domu.

Spojrzałam na Tomka.

— Twój ojciec składał coś do księgi wieczystej?

— Nie wiem.

Natalia zapytała:

— Co się stało?

Powiedziałam.

Tomek usiadł ciężko.

— Ja niczego nie składałem.

— Ale twój ojciec mógł.

— Po co?

Odpowiedź przyszła następnego dnia.

Ryszard próbował wpisać do księgi roszczenie wynikające z rzekomej umowy przedwstępnej sprzedaży.

Kupującym miał być Dariusz Wrona.

Sprzedającą — ja.

Umowa była datowana miesiąc wcześniej.

Podpis wyglądał jak mój.

Tym razem nie miałam żadnych wątpliwości.

Ktoś nie chciał jedynie wynajmować mojego domu.

Ktoś przygotowywał grunt pod jego przejęcie.

Mecenas Maj położyła przede mną wydruk.

— To już nie jest rodzinne nieporozumienie.

— Nigdy nie było.

— Zgadzam się. Ale teraz mamy dokument, który miał wywołać skutek wobec nieruchomości.

— Mogli sprzedać dom bez mojego udziału?

— Nie tak łatwo. Przy przeniesieniu własności potrzebny jest akt notarialny. Sama podrobiona umowa przedwstępna nie wystarcza do skutecznej sprzedaży. Mogła jednak posłużyć do komplikowania transakcji, wywierania presji, odstraszania innych kupujących albo tworzenia pozoru roszczenia.

— Czyli dokładnie tego, co robili.

— Na to wygląda.

Zgłoszenie zostało uzupełnione.

Policja zabezpieczyła telefon Tomka.

Wezwano Ryszarda.

Kilka dni później również Dariusza Wronę.

Wrona twierdził, że był przekonany, iż rozmawia z osobą uprawnioną.

Mówił, że Ryszard przedstawił mu dokumenty i zapewniał, że sprawy rodzinne są uzgodnione.

Nie wiedziałam, ile w tym prawdy.

Śledczy mieli to ustalić.

Ja miałam inny problem.

Natalia.

Przez tydzień do mnie nie dzwoniła.

Ja do niej też nie.

Codziennie chciałam.

Codziennie brałam telefon do ręki.

I odkładałam.

Kochałam ją.

To się nie zmieniło.

Ale po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam, czy mogę jej ufać.

W końcu przyjechała sama.

Było niedzielne popołudnie.

Stała przed moim mieszkaniem w Krakowie z papierową torbą.

— Mogę wejść?

Wpuściłam ją.

Z torby wyjęła plik bankowych potwierdzeń.

— Co to?

— Wszystkie przelewy, które dostałam od Tomka i Ryszarda i które mogą mieć związek z domem.

— Po co mi to przynosisz?

— Bo chcę oddać wszystko.

— Masz takie pieniądze?

— Nie.

— Więc?

— Sprzedam samochód. Zlikwiduję oszczędności. Resztę będę spłacać.

Patrzyłam na nią.

— Myślisz, że chodzi tylko o pieniądze?

— Nie.

— To po co to robisz?

— Bo od czegoś muszę zacząć.

Usiadłyśmy.

Przez dłuższą chwilę żadna się nie odzywała.

— Wiedziałam, że to jest złe — powiedziała w końcu.

Nie spodziewałam się takiego początku.

— Kiedy Ryszard pierwszy raz powiedział, że wynajął dom znajomym na weekend, przekonywałam samą siebie, że to nic. Powiedział, że zwróci ci koszty prądu i sprzątania. Potem dał nam trzy tysiące i powiedział, że goście zapłacili więcej.

— Wzięłaś.

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo Tomek miał wtedy niezapłaconą fakturę za sprzęt. Myślałam: oddamy w przyszłym miesiącu.

— Oddaliście?

— Nie.

— Potem było łatwiej?

Przytaknęła.

— Za drugim razem mniej pytałam. Za trzecim prawie wcale.

— A kiedy zaczęłaś myśleć o tym domu jak o swoim?

Zapłakała.

— Chyba dawno.

— Dlaczego?

— Bo zawsze mówiłaś, że wszystko kiedyś zostanie dla mnie.

— „Kiedyś” oznacza po mojej śmierci, Natalia.

— Wiem.

— A przede wszystkim to, co zostawię, jest moją decyzją.

— Wiem.

— Nie, wcześniej nie wiedziałaś.

To zabolało ją.

Mnie też.

Ale było prawdziwe.

— Kiedy tata umarł — mówiła — chyba zaczęłam się bać, że wszystko zniknie. Dom, mieszkanie, nasze miejsca. A potem ty mówiłaś o sprzedaży. I zamiast zobaczyć w tym twoją decyzję, widziałam, że zabierasz coś mnie.

— Coś, czego nie miałaś.

— Tak.

— I nie powiedziałaś mi tego.

— Nie umiałam.

— Więc pozwoliłaś Ryszardowi zrobić to za ciebie.

Przytaknęła.

To była pierwsza rozmowa od bardzo dawna, podczas której moja córka ani razu się nie broniła.

Nie powiedziała, że przesadzam.

Nie powiedziała, że „rodzina powinna sobie pomagać”.

Nie powołała się na Marka.

Wzięła odpowiedzialność za swoją część.

Nie za całość.

Tylko za to, co naprawdę zrobiła.

I właśnie dlatego po raz pierwszy od tygodnia poczułam, że być może kiedyś będziemy miały szansę rozmawiać normalnie.

— Co z Tomkiem?

Spojrzała na dłonie.

— Wyprowadził się.

— Gdzie?

— Do ojca.

— Chcesz się rozwieść?

— Nie wiem.

— To twoja decyzja.

— Wiem.

— Ale?

— Nie umiem już patrzeć na niego bez zastanawiania się, w której chwili znowu kłamie.

Rozumiałam to lepiej, niż chciałam.

Dwa tygodnie później spotkałam się ponownie z Andrzejem Mireckim.

Byłam przekonana, że temat sprzedaży upadł.